05.07.2015

Wakacyjny haul zakupowy: melbymelissa, SheIn & New Yorker.

Ostatni miesiąc nie należał do najłatwiejszych, nie tylko dla mnie, ale i moich najbliższych. Sesja kończąca szósty semestr odcięła mnie od blogowego świata na ponad cztery tygodnie, wyssała ze mnie resztki sił i energii, ale przede wszystkim zmęczyła psychicznie. Nie pytajcie ile razy chciałam rzucić to wszystko w cholerę... Trzeci rok, choć najciekawszy, strasznie dał mi w kość, ale o tym opowiem Wam pewnie za jakiś czas, w osobnym poście...
Po tym całym czerwcowym maratonie (bo inaczej tego nazwać się chyba nie da) konieczna była choć kilkudniowa ucieczka od codzienności i naładowanie wyczerpanych doszczętnie akumulatorów, dlatego zaraz po moim ostatnim egzaminie, ruszyliśmy nad morze. Droga na północ jest dla mnie ścieżką do
mojego osobistego sacrum. Kocham polskie morze... Popijając zwycięskie piwo, czując zapach piasku, sosnowych lasów, wsłuchując się w świst wiatru i delektując się szumem morza, który na początku lipca nie jest jeszcze zagłuszony przez tłumy turystów, przez chwilę zapomniałam. O wszystkim.
Wróciłam z pijanym szczęściem na twarzy, pięknymi wspomnieniami, wyhodowanymi piegami i głową pełną nowych marzeń...

Wypoczęta i szczęśliwa,choć z małym niedosytem, że to co dobre, tak szybko się kończy, zapraszam Was na trochę spóźniony, wakacyjny haul zakupowy, który gdyby nie moja całkowita niechęć do komputera i nie najlepsze samopoczucie, pewnie pojawiłby się jeszcze przed wyjazdem. Dzisiaj więcej zdjęć niż tekstu, miłego oglądania!

Kombinezon w kwiaty
(rozmiar S)


Wybrałam go dla mojej siostry i muszę Wam powiedzieć, że strasznie jej go zazdroszczę, bo jest bardzo dziewczęcy, kobiecy, romantyczny i idealny na letnie, wakacyjne wieczory. Przyznaję, że trochę obawiałam się jego jakości i tego jak będzie wykonany, spodziewałam się "szmatki", ale jestem pozytywnie zaskoczona.
Jeśli jesteście zainteresowane, to koniecznie sprawdźcie jak wygląda na modelce, bo mnie niestety nie udało się w niego wbić. ;)


Biały blazer w stylu boyfriend
(rozmiar S)


Biała marynarka w stylu boyfriend jacket to mój kolejny hit z SheIn. Jest świetnie uszyta, dobrze skrojona i na tyle uniwersalna, że sprawdzi się idealnie zarówno na co dzień jak i na większe wyjścia. Według mnie  nie różni się niczym od marynarek tego typu, które widziałam i przymierzałam m.in w Mango i H&M, a jest ponad dwa razy tańsza, więc jeśli potrzebujecie czegoś takiego w swojej szafie, to śmiało polecam, na pewno będziecie zadowolone!


Zachorowałam na kombinezony, przyznaję się bez bicia. ;P

Kombinezon koronka
(rozmiar M)


Zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, żałuję że zdjęcia nie oddają jego uroku... Musicie uwierzyć na słowo, cukiereczek! :))) 
Sugerując się wymiarami podanymi na stronie, zamówiłam rozmiar M i nie żałuję, bo pasuje idealnie.

Kombinezon w azteckie wzory
(rozmiar S)


Ten zamówiłam z myślą o wakacyjnych wyjazdach i plażowaniu. Jest cienki, zwiewny i super będzie podkreślał letnią opaleniznę, której póki co jeszcze nie mam. ;) 
Jest wykonany z dość sztucznego materiału, ale nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie. Duży plus za kieszenie, które nie tylko są praktyczne, ale nadają mu jeszcze większego luzu i niezobowiązującego charakteru. Jestem zadowolona. 

MELISSA SHOES- butsklep.pl


Buty, o których słyszał już chyba każdy i na które ja osobiście choruję od ponad dwóch sezonów. Naczytałam się o nich w samych superlatywach i niestety trochę się rozczarowałam, bo po "pierwszym użyciu" zafundowały mi na stopach dosłownie odcisk na odcisku... Później dałam im jeszcze jedną szansę i było już znacznie lepiej, ale nadal nie idealnie... Nie wiem, na razie nie mam zdania... Z jednej strony szalenie mi się podobają, z drugiej mam przeczucia, że wbrew temu o czym huczy internet, nie będą to najwygodniejsze buty w mojej kolekcji. Jestem ciekawa jakie Wy macie zdanie na ich temat?

TOREBKA JELLY BAG- allegro



Torba inspirowana słynnymi OBAG. ;) Pokazywałam ją Wam już na instagramie i dostałam później bardzo wiele pytań o to, gdzie ją dorwałam, a więc odpowiadam- na allegro. ;) Jestem z niej bardzo zadowolona, była ze mną na wakacyjnym wyjeździe i pewnie posłuży mi jeszcze przez całe wakacje. Jest urocza, dziewczęca i bardzo pojemna. Zdecydowanie mogę ją Wam polecić! 

KORONKOWE SHORTY- New Yorker

Chodziły za mną już dobry kawał czasu. ;) Okaz idealny (czyt. nieprześwitujący, nieopinający sylwetki i niewyglądający infantylnie) znalazłam w New Yorkerze. Nie mogę się doczekać aż zaliczą swoją premierę. 

AŻUROWA SUKIENKA- New Yorker


Gdybym miała zostawić sobie tylko jeden rodzaj ubrań na okres wakacyjno-letni, bez wątpienia byłyby to białe sukienki. Koronkowe, ażurowe, szyfonowe, albo zwykłe bawełniane. Świetnie się w nich czuję i idealnie wpasowują się w moje modowe upodobania. Jeśli chodzi o egzemplarz ze zdjęcia, to po raz kolejny jestem miło zaskoczona New Yorkerem, bo właśnie tam ją znalazłam. Kupiłam ją nie tyle z myślą o wakacyjnych wyjazdach (choć to też), ale wakacyjnych praktykach w aptece, myślę że idealnie sprawdzi się pod fartuch. ;) 



ASYMETRYCZNA SPÓDNICZKA W PASKI-  Pull&Bear
MIĘTOWA KOSZULKA- Reserved


Nie pytajcie co podoba mi się bardziej. ;)
Aparat niestety przekłamał kolory, w rzeczywistości paski nie są czarne tylko granatowe. ;) 


Kupiłam jeszcze dwa kostiumy kąpielowe, które sama sobie skompletowałam, również w New Yorkerze. Jeśli nie macie szczególnych problemów z rozmiarem i nie chcecie wydawać dużo pieniędzy na nowe bikini, to koniecznie tam zajrzyjcie, bo można stworzyć sobie niezły zestaw za nieduże pieniądze, ja jestem bardzo zadowolona i jeśli w przyszłym roku będę potrzebować czegoś nowego, to też na pewno tam zajrzę. ;) 

Pisanie po takiej przerwie nie należało do najłatwiejszych, ale mam nadzieję, że następnym razem pójdzie  już łatwiej i lepiej. Jutro zaczynam praktyki wakacyjne i swoją pierwszą styczność z apteką, trzymajcie kciuki, żeby jakoś poszło, bo póki co czuję się jeszcze totalnie zielona i jakoś średnio to sobie wyobrażam. Mam nadzieję, że się nie zniechęcę! 
PS. Popołudnia mam wolne, więc wracam ze zdwojoną siłą i energią. Będziemy widzieć się częściej!
A jeśli macie ochotę śledzić na bieżąco moją codzienność, to zapraszam Was na
MÓJ INSTAGRAM
https://instagram.com/sonnaillee/

20.06.2015

Kosmetyczne "achy"!

W przerwie między egzaminem, a egzaminem (na szczęście już ostatnim) zafundowałam sobie mały cheat day od nauki i postanowiłam przypomnieć Wam o swoim blogowym istnieniu. ;)
Zdążyłam szczerze zatęsknić za typowo kosmetycznymi postami, dlatego dziś zapraszam Was na mały przegląd produktów, które wyjątkowo dobrze sprawdziły się u mnie w ostatnich tygodniach. Przy okazji opowiem Wam trochę o najciekawszych kosmetykach z dwóch ostatnich edycji pudełek ShinyBox, których mam okazję używać od blisko dwóch miesięcy. Poza produktami, którymi mam zamiar Was dziś zainspirować, ogólnie rzecz biorąc, ani box kwietniowy, ani majowy nie powaliły mnie na kolana... Liczę na to, że edycja urodzinowa zamaże złe wrażenie i niedosyt, który ostatnimi czasy pozostawia po sobie zawartość pudełek.

Szybki przegląd pudełka kwietniowego- "Wiosenna metamorfoza" 


1) Theo Marvee, Tonik Caviariste Perlique - Produkt pełnowymiarowy, cena: 46zł/200ml
Zaprzestałam stosowania toników na rzecz wody termalnej, w dodatku zupełnie nie przemawiają do mnie te "tańczące" w produkcie drobinki i gęsta, galaretowata konsystencja. 
2) Biolaven, Żel do mycia twarzy - Produkt pełnowymiarowy, cena:16zł/150ml

3) Glazel, Kamuflaż Perfect skin - Produkt pełnowymiarowy, cena:25zł/szt.
Napakowany parafiną, za ciemny, "ciastkuje" się na twarzy, jestem na nie.  
4) Glazel, Cień sypki Capucinno - Produkt pełnowymiarowy, cena:15zł/szt.

5) Dove, Odżywczy żel pod prysznic Purely Pampering - Produkt pełnowymiarowy, cena:12zł/250ml

6) Pharmacy Laboratories, Antyperspirant Roll-on, cena: 16zł/60ml (dla 100 pierwszych subskrypcji) 
Jak dla mnie produkt zupełnie zbędny, nie mam problemów z nadmierną potliwością i nie używam blokerów.



Jestem natomiast zachwycona żelem do mycia twarzy Biolaven. Jest bardzo delikatny i super sprawdza się zarówno w czasie porannej pielęgnacji jak i przy wieczornym usuwaniu resztek makijażu. Pięknie pachnie (co prawda nie lawendą tak jak się spodziewałam, a sokiem winogronowym, ale nadal pięknie), ma świetny skład (olejek lawendowy, olejek z pestek winogron, brak slsów) i pomimo dość rzadkiej konsystencji i małej pojemności (150 ml) jest bardzo wydajny. Dobrze oczyszcza i odświeża, ale zupełnie nie przesusza. Skóra po jego użyciu jest czysta, miękka, zadbana i taka... dopieszczona. ;) Przy codziennym użytkowaniu zecydowanie zauważalne jest pielęgnacyjne działanie tego produktu. Całkowicie kupuje mnie również wygodne opakowanie z pompką i prosta, niezwykle estetyczna szata graficzna. Zdecydowanie mam ochotę spróbować innych produktów z tej serii. Polecacie coś szczególnego? Ostatnio jestem strasznie do tyłu z kosmetycznymi hitami w blogosferze... 

Jeśli chodzi o pudełko kwietniowe, to z przyjemnością sięgam również po kokosowy żel pod prysznic marki Dove, która zdecydowanie należy do jednej z moich ulubionych jeśli chodzi o podstawową pielęgnację ciała. Niby zwyklak dostępny w każdej drogerii, ale mnie to nie przeszkadza. Lubię i już. ;) 

Muszę przyznać, że miło zaskoczył mnie sypki cień do powiek Glazel. Nie znoszę sypkich cieni do powiek, ale ten ma tak piękny odcień złota i tak genialnie "budzi" zaspane spojrzenie, że przez ostatni miesiąc używam go niemalże dzień w dzień. Jest co prawda trudniejszy w aplikacji niż tradycyjne, prasowane cienie, ale za efekt jaki daje na oczach jestem w stanie mu to wybaczyć. Bardzo polecam! Jak tylko pozbędę się worów i sińców pod oczami i przestanę przypominać zombie, to na pewno pokażę Wam jak wygląda na powiekach. 

Pudełko majowe- "Kobiecy szyk"


1) Thalion- Krem nawilżający z Oceosomami- Próbka. Cena:160zł/50ml
Jeszcze go nie używałam, więc niestety nic nie mogę Wam powiedzieć na jego temat. 
2) Yasumi, Konjac Sponge- Produkt Pełnowymiarowy. Cena: 19,90zł

3)  Indigo, Lakier do paznokci- Produkt Pełnowymiarowy. Cena:16zł/10ml

4) Beauty Naturialis, Aronia, Balsam do ciała- Produkt Pełnowymiarowy. Cena: 18zł/200ml
Ładnie pachnie, ale poza tym nie zrobił na mnie większego szału. Nie widzę powodu, dla którego ten produkt miałby kosztować aż 18 zł. Znam tańsze i lepsze balsamy. ;) 
5) Mariza, Pomadka do ust- Produkt Pełnowymiarowy. Cena:16,60/szt.
Mały koszmarek! Strasznie wysusza usta, a kolor bliski barbie pink zupełnie mi nie pasuje. 
6) Barwa, Maska do twarzy- Produkt Pełnowymiarowy. Cena:3,99zł/2x5ml
Ostatnio jestem wierna glinkom i rzadko kiedy sięgam po drogeryjne maseczki, więc jeszcze nie miałam okazji jej używać.

7) No36, Jedwab w sprayu do stóp- Produkt Pełnowymiarowy. Cena: 8zł/75ml
Według mnie to bardziej kosmetyczny gadżet, który ma chronić nasze stopy przed odciskami i otarciami. Spróbuję przy najbliżej okazji do założenia szpilek. ;)

+ lusterko Venezia i tabletki przeciwko nadmiernej potliwości Pharmacy Laboratories, które są według mnie tak idiotycznym pomysłem, że nawet nie umieszczałam ich na zdjęciu... 


Prym w majowym pudełku według mnie bezapelacyjnie wiedzie gąbka konjac. To już druga, której mam zamiar używać. Trafiła mi się wersja aloesowa, wcześniej używałam wersji do skóry trądzikowej z węglem aktywnym, której poświęciłam oddzielny post. Jeśli macie ochotę przeczytać o niej coś więcej, odsyłam Was TUTAJ

Na plus zaliczam również lakier do paznokci marki Indigo, której do tej pory nie znałam nawet ze słyszenia. Muszę przyznać, że jest naprawdę całkiem niezły. Kryje już przy jednej warstwie i w miarę szybko wysycha. Trwałość nie powala na kolana, bo lakier trzyma się na paznokciach do 4 dni, ale piękny, klasyczny kolor rekompensuje wszystko. ;)   


Pozostając w temacie produktów z Shiny, nie mogę nie wspomnieć o nawilżających skarpetkach, które znalazłam bodajże w marcowej edycji pudełka. Jestem nimi naprawdę zachwycona! Firma Świt Pharma spisała się na medal. :) Skarpetki znakomicie nawilżają, zmiękczają i odżywiają stopy. Efekt powalił mnie na kolana (muszę jednak zaznaczyć, że moje stopy nie są bardzo wymagające) i na pewno zafunduję sobie jeszcze jedną taką kurację przed wakacyjnym wyjazdem. W połączeniu z dobrze nawilżającym kremem do stóp i fajnym peelingiem tworzą naprawdę niezłe pielęgnacyjne trio. :) 

Krem Effaclar K La Roche- Posay zawiera retinol z kwasami LHA i ma za zadanie zapobiegać nawrotom niedoskonałości. Jest dla mnie świetnym uzupełnieniem kuracji Effaclarem Duo. Używam go w dni kiedy moja skóra ma się trochę lepiej i muszę Wam powiedzieć, że cały ten duet sprawdza się u mnie doskonale, cera wygląda o niebo lepiej niż jeszcze rok temu. Seria Effaclar jest moim wielkim odkryciem ostatniego roku i muszę przyznać, że na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie bez tych dwóch produktów codziennej pielęgnacji.

Żel do mycia twarzy Ziaja liście manuka to według mnie tańszy i trochę gorszy pod względem składu zamiennik żelu marki Biolaven, o którym wspominałam Wam wyżej. Co nie zmienia faktu, że jest zdecydowanie godny polecenia, jeśli szukacie niedrogiego, dobrego, drogeryjnego produktu do oczyszczania twarzy. Dobrze oczyszcza skórę, nie podrażnia jej i nie przesusza. Nie zauważam co prawda w czasie jego używania żadnych nadzwyczajnych pielęgnacyjnych rezultatów, ale jako codzienny "oczyszczacz" sprawdza się bez zarzutu i jeśli nie wymagacie od produktów tego typu zbyt wiele, to z czystym sumieniem mogę go Wam polecić. Jest bardzo wydajny, łatwo się aplikuje, dobrze się pieni i dorwiecie go w każdym Rossmannie, często za mniej niż 8 zł. ;) 

Maszynka Wilkinson - Xtreme3 Coconut Dream- nigdy nie pokazywałam Wam tego typu produktów, bo do tej pory sprawdzały się u mnie nawet najtańsze jednorazówki z Biedronki, ale ostatnimi czasy moja skóra przeszła jakąś totalną metamorfozę i każda, dosłownie każda maszynka (bez znaczenia jakiej pianki czy żelu używałam) fundowała mi takie podrażnienie, że szkoda gadać... Aż trafiłam na tą. ;) Według mnie to numer jeden z tym przedziale cenowym (4 szt około 18 zł)! Nie wiem jak Wy, ale ja wyobrażam sobie wydać na maszynkę 50 zł, bo maszynka to dla mnie tylko maszynka. Chyba jeszcze nie dorosłam do takiej decyzji. ;) 
Wracając jednak do samej golarki- naprawdę ciężko jest się nią zaciąć. Jest ostra, ale nie podrażnia skóry, ma elastyczną główkę, gumową rączkę i wygodnie leży w dłoni. Starcza na długo, wolno się tępi i naprawdę pachnie kokosem. ;) Koniecznie spróbujcie, ja jestem z niej naprawdę nieziemsko zadowolona i nie zamierzam szukać już niczego lepszego, polecam!

Odżywczy balsam pod prysznic Eveline Argan Oil- według mnie bije na głowę napakowane parafiną balsamy Nivea, których fenomenu zupełnie nie rozumiem. Nie nawilża może tak dobrze jak tradycyjny balsam czy masło, ale mimo wszystko to nawilżenie i odżywienie jest wyczuwalne. Świetny w czasie upałów i sesji, kiedy rozpisany plan dnia nie przewiduje czasu na wchłonięcie się balsamu. ;) Na plus zaliczam również wygodne opakowanie z pompką, całkiem niezły skład, przyjemny zapach i stosunek wydajności do ceny. Również w tej kwestii wypada o niebo lepiej od słynnego produktu Nivea. Znacie, używałyście? Jestem ciekawa jakie Wy macie zdanie na jego temat. 

Znacie któregoś z bohaterów dzisiejszego posta? Znaleźli się tu i Wasi ulubieńcy? Odkryłyście ostatnio jakieś kosmetyczne perełki? Czekam na Wasze komentarze!


Mój INSTAGRAM

http://instagram.com/sonnaillee

20.05.2015

Z miłości do wiosny i zakupów.

Romantyczne koronki, ażurowe wstawki, paski i biel w towarzystwie delikatnych pasteli, to coś za czym wyjątkowo tęsknię przez cały rok. Dziewczęce sukienki, misternie tkane bluzki i cienkie sweterki należą do moich zdecydowanych must havów w kompletowaniu wiosennej garderoby i wiecznie mi ich mało. ;)  Ku niezadowoleniu mojego chłopaka, załączył mi się ostatnimi czasy również zaawansowany butoholizm i gdyby nie to, że jestem przez niego skrupulatnie przywoływana do porządku, pewnie wczoraj wróciłabym do domu z trzecią parą beżowych balerinek... Koniec końców, w ramach nagrody dla samej siebie (za zdany egzamin rzecz jasna), wróciłam bogatsza (jedynie?) o trzy bluzki i jeszcze lepsze samopoczucie. Jeśli jesteście ciekawe jak na przestrzeni ostatnich tygodni odświeżyłam swoją garderobę na sezon wiosenno-letni, to zapraszam do dalszej lektury!

Zacznijmy może od nowości z Sheinside (KLIK), które dotarły do mnie w tym tygodniu. Wybrałam dla siebie pasiastą sukienkę z ciekawym dekoltem na plecach i bluzę w bardzo modnym ostatnimi czasy wzorze. Z obu rzeczy jestem bardzo zadowolona i nie mam żadnych zastrzeżeń jeśli chodzi o ich rozmiar, jakość i wykonanie. Musicie jednak wziąć pod uwagę, że jestem osobą niską (mierzę około 156 cm) i być może dlatego ubrania z chińskiego sklepu idealnie na mnie pasują. Jeśli jesteście wyższe, koniecznie sprawdźcie wymiary na stronie!

BLUZA W LIŚCIE
Rozmiar S


SUKIENKA W PASKI
Rozmiar S

Bardzo podobną sukienkę miałam w liceum, ale niestety bardzo się zniszczyła. Cieszę się, że udało mi się dorwać coś podobnego. :)


Jako, że wiosenne zakupy poczyniłam na przestrzeni ostatnich kilku dobrych tygodni, postanowiłam zrobić wczoraj mało rundkę po sklepach i pokazać Wam tylko to, co cały czas możecie jeszcze dostać.
Pierwsze dwie rzeczy, to prezent od mojego M (:*), na pozostałych ucierpiał już mój portfel. :P

Koszulka 
Medicine 
(swoją drogą bardzo polecam Wam ten sklep, jest mało popularny, a mają naprawdę piękne, proste, a jednocześnie bardzo oryginalne rzeczy) 


Bluzka
New Look


Sweterek
House



Bluzka
Stradivarius


Sukienka
House


Bluza
House 


Bluzka 
Stradivarius 


Koszulka
New Yorker 

(drugie zdjęcie to tył bluzki)


Bluzka
New Yorker

(zdjęcia przekłamują kolor, w rzeczywistości jest ciemno szara)


Co najbardziej przypadło Wam do gustu? Macie ochotę na mini lookbook wiosenny? Chętnie pokazałabym Wam nieco starsze łupy, które nie miały jeszcze swojej premiery na blogu, dajcie znać co myślicie. :)

Czekam na Wasze komentarze i uciekam na farmakognozję. Po powrocie odpowiem na Wasze ewentualne pytania. Miłego dnia! :* 

MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/

19.05.2015

Przemyślenia.

Jest wtorek, parę chwil po tym, jak dzień powoli wkroczył do pokoju. Wczorajszy przymusowy spacer, w drodze powrotnej z praktycznego egzaminu (swoją drogą chyba najważniejszego w mojej "farmaceutycznej karierze") wyssał ze mnie wszystkie siły. Poturbowana brakiem snu, ale z pełną satysfakcją, padłam po powrocie na łóżko. Dziś, z nowymi siłami, odważnymi planami i spokojem w środku, czując ciepły wiatr przelatujący przez labirynt otwartych okien, doszłam do wniosku, że to ten moment. Moment by zacząć.
Zasnęłam z pięknymi zdaniami, które najwyraźniej dobiła senność poranka. Od dobrych kilkunastu minut wpatruję się bowiem w migający na monitorze komputera kursor, a każde kolejne słowo przychodzi coraz trudniej.


Czasami mam ochotę zadrwić sama z siebie. Właśnie za te odważne, wielkie plany, z których tak często po prostu nic nie wychodzi. Tworzę ambitne listy "do zrobienia", w których sprawy przekrzykują się priorytetami, daję z siebie 150% normy i pewnie stawiam kolejne kroki, a cel do którego dążę nadal wydaje się być tylko odległym wyobrażeniem w mojej głowie. Doba wiecznie jest za krótka, a ja, choć kocham to co robię, cieszę się z miejsca w którym jestem i każdego dnia mam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że jestem szczęśliwa, chwilami odczuwam życiowy niedosyt, by to szczęście móc przeżyć do samego końca... Wiecie o czym mówię?


Podobnie jest z blogowaniem... Słowa, którymi podzieliłam się z Wami dwa posty temu, idealnie oddają to, co chciałabym Wam przekazać:
Tak jak się obawiałam, (a może bardziej spodziewałam?) proces mojego dziczenia internetowego postępuje. Dni uciekają mi przez palce i chwilami ciężko mi uwierzyć, że od magicznego sylwestra minęły już prawie cztery miesiące. Woda moich blogowych planów pozostała przez ten czas niewzruszona, a mnie coraz bardziej niepokoi i denerwuje ten zastój. Odzywa się we mnie wewnętrzny głos perfekcjonistki, która depcząc mi po piętach uparcie przekonuje, że jak mam robić coś byle jak, to może lepiej nie robić tego wcale? Z drugiej strony nie wyobrażam sobie od tak po prostu zostawić tego miejsca... I pewnie dlatego, pomimo narastającej frustracji i towarzyszącej jej bezsilności, chwytam spróchniałe wiosła moich możliwości i próbuję bywać tutaj jak najczęściej... Z różnym skutkiem.
Zasypujecie mnie pytaniami, kiedy znowu wrócę do regularnego prowadzenia bloga, piszecie, że brakuje Wam moich postów, ale są też tacy, którzy nie kryją swojego rozczarowania i zwyczajnie stąd uciekają. Gdy pytacie czy mi to przeszkadza, odpowiadam że ja bloga nie prowadzę dla statystyk. Nie uległam powszechnie panującej ostatnio modzie, na profesjonalne blogi i blogowanie jako styl życia. Nie zależy mi na tym, żeby mój blog wyglądał i był super profesjonalny, by posty pojawiały się w wyznaczone dni tygodnia, nie chcę spędzać godzin nad aranżacją tła do zdjęć, nie muszę podejmować modnych tematów, widnieć w rankingach i nie boli mnie fakt, że w nich spadam. Jeśli kogoś to kręci, to super. Dla mnie blogowanie w takim wymiarze po prostu traci pewien urok i choć świat idzie do przodu, to ja chyba tęsknię za dawną, prostą blogosferą...


Dla mnie to miejsce jest ucieczką od codzienności. Traktuję je nie tylko jako blog o kosmetykach i innych kobiecych tematach,  ale trochę jak swoją myślodsiewnię, zostawiam tu dużą cząstkę siebie, którą bardzo chcę utrwalić. Podobnie jest z instagramem, który dla wielu z Was jest pewnie kopalnią pięknie wykonanych, inspirujących zdjęć. Mnie pozwala przede wszystkim łapać wyjątkowe, codziennie chwile i jednocześnie dzielić się z Wami swoją nie zawsze kolorową i czasami szalenie nudną rzeczywistością. Magicznym sposobem mogę w parę sekund cofnąć się kilka tygodni wstecz, bo instagram, podobnie jak seria "miesiąc w zdjęciach" (za którą swoją drogą też tęsknię) funduje mi niesamowity spacer po wspomnieniach i swoich emocjach- radości, miłości, wzruszeniach, bliskości... Ale nie każdemu będzie to odpowiadać i nic nie mogę na to poradzić.

Mam trochę naturę szarej myszy, której nie przeszkadza fakt, że gubi się w anonimowym tłumie. Pewnie dlatego zawsze daleko będzie mi do blogerki z prawdziwego zdarzenia. I choć blogowanie to wspaniała współzależność między autorem, a odbiorcami, bez których tworzenie z oczywistych względów nie miałoby sensu, to z czytelnikami jest trochę tak jak z przyjaciółmi... Najbardziej ceni się tych, którzy zawsze są i zawsze wracają. Nawet jeśli przybierają formę tzw "cichych czytaczy" i nigdy się nie ujawniają.


Nie chcę Wam obiecywać, że regularność z jaką się tutaj pojawiam wskoczy w końcu na właściwy tor. Wystarczy, że obiecuję to samej sobie, a potem ląduję twarzą w bezradności. Może pojawię się tu jutro lub pojutrze, może za tydzień, a może dopiero za miesiąc. Nie chcę też za każdym razem za to przepraszać i się z tego tłumaczyć. Chcę byście mieli (bo Panowie też mnie czytają ;P) świadomość, że każdy mniejszy lub większy blogowy zastój, nie oznacza mojej rezygnacji, i że będę bywać tutaj tak często, jak tylko czas, studia i chęci mi na to pozwolą i tak długo, jak długo będę czerpać z tego frajdę i przyjemność. 

Dziękuję wszystkim którzy wytrwali do końca i przebrnęli przez lawinę moich przemyśleń. Ten post wisiał nade mną od jakiegoś czasu i cieszę się, że w końcu zdecydowałam się go napisać. Chciałam w ten sposób zmyć z siebie presję, jaką wiele osób na mnie narzuciło. Pamiętajcie, że ten blog jest dla Was, ale jest również dla mnie. Ma dziesiątki pomysłów na posty, trzymajcie kciuki by w końcu udało, pomału udało mi się je wszystkie zrealizować.
Wyłączam możliwość komentowania, bo tu nie bardzo jest co komentować.
Dziękuję za wszystkie maile i wiadomości, do napisania niebawem! :* 

 MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...