21 lip 2014

Kosmetyczne pożegnanie- czerwcowy projekt denko.

Zanim posypie się fala negatywnych komentarzy, na temat spóźnionych postów, które zamiast pojawiać się rychło w czas, równie dobrze mogłyby nie ujrzeć światła dziennego wcale, usprawiedliwię się pisząc: po prostu nie mogłam Wam o tych produktach nie wspomnieć. :) Dlaczego? Zaraz same się przekonacie! Zapraszam na czerwcowy projekt DENKO. :)


SPECJALISTYCZNY SZAMPON KOJĄCY DO SKÓRY WRAŻLIWEJ (WŁOSY CIENKIE I DELIKATNE) PHARMACERIS 
Szamponom Pharmaceris jestem wierna już od jakiegoś czasu i kupuję je zamiennie za każdym razem kiedy dobijają dna. Przetestowałam już wiele wersji i wszystkie sprawdzają się u mnie tak samo dobrze. Bez zarzutu oczyszczają skórę głowy, nie podrażniają jej, nie przesuszają, a po ich użyciu włosy są miękkie i miłe w dotyku, nie plączą się i dobrze układają. Nie mam im nic do zarzucenia, nawet cena (około 25-30 zł bez promocji) przy takiej niesamowitej wydajności wydaje się być jak najbardziej ok. Polecam!

SZAMPON BABYDREAM
Jeszcze w starej wersji graficznej, przezimował w mojej łazience, a koniec końców zużyłam go do mycia pędzli. Kiedyś, w okresie wczesnego włosomaniactwa (które przeszło mi szybciej niż myślałam :P) kupowałam i używałam go wręcz namiętnie. Później włosy zaczęły lecieć mi na potęgę, a ja trzymając się aptecznych specyfików do BabyDream już nie wróciłam... i jakoś za nim nie tęsknię. :) Kiedyś usłyszałam od dermatologa, że używanie takiego łagodnego szamponu wraz z olejkami i innymi specyfikami, do których swego czasu miałam zamiłowanie, przyczyniło się do mojego ŁZS, dlatego uważajcie!


KREMOWY ŻEL POD PRYSZNIC DOVE 
Bardzo lubię żele Dove, głównie za ich gęstą, kremową, lekko nawilżającą formułę i przyjemne zapachy. Wersja klasyczna była miłą odskocznią od słodkości, które zazwyczaj goszczą pod moim prysznicem i bardzo możliwe, że jeszcze kiedyś do niej wrócę.

PŁYN DO KĄPIELI ORGINAL SOURCE RASPBERRY&VANILLA
Moja ulubiona wersja zapachowa, chyba nigdy mi się nie znudzi. :) Wiem, że wiele z Was narzeka na te żele i ich przesuszające właściwości, u mnie sprawdzają się one bez zarzutu. Często do nich wracam, kocham za zapachy, wygodne opakowania i niską cenę.

OLEJEK POD PRYSZNIC MELON&GRUSZKA ISANA
Według mnie najlepszy żel pod prysznic w tej kategorii cenowej. No i ten zapach... :) Niech ktoś tylko spróbuje się sprzeciwić. :D
To opakowanie zużyłam akurat jako mydełko do rąk, w tej roli również sprawdza się świetnie. Polecam spróbować!


AKSAMITNE MLECZKO NAWILŻAJĄCE NIVEA BABY
Bardzo polubiłam się z tym mleczkiem. :) Fajnie sprawdzało się szczególnie na dzień, po szybkim porannym prysznicu. Bardzo fajnie nawilżało, błyskawicznie się wchłaniało i było bardzo łagodne i delikatne. W dodatku szalenie wydajne! Opakowanie o pojemności 500ml wystarczyło mi dosłownie na całe wieki. Jeśli szukacie jakiegoś fajnego balsamu na dzień, o subtelnym zapachu, który nie będzie gryzł się z Waszymi perfumami i sprawdzi się w trakcie upałów, to polecam Wam ten kosmetyk. Dużo plus za opakowanie z pompką, zdecydowanie ułatwiała aplikację. Polujcie na promocje, często można dostać to mleczko prawie o połowę taniej w Rossmannie. :)

ANTYPERSPIRANT REXONA BIORYTHM 
Nie jestem wymagająca jeśli chodzi o antyperspiranty i nie przywiązuję się też do nich jakoś bardzo, więc i ten po prostu spełniał swoje zadanie. Szkoda, że był tak mało wydajny. Chyba jednak wolę "kulki". :)

KREM DO RĄK DEBA VITAL Z MASŁEM KAKAOWYM
75 ml naprawdę genialnego kremu do rąk, zdecydowanie najlepszego jakiego miałam okazję używać. Piękny zapach (zachwycał nie tylko mnie, ale i otoczenie), świetna konsystencja, bardzo fajne właściwości nawilżające i urocze opakowanie. Na pewno wrócę do niego w okresie jesienno-zimowym. Więcej opowiedziałam o nim w TYM poście, więc właśnie tam Was odsyłam.


PŁYN MICELARNY BEBEAUTY
Moje oczy chyba znów zaczęły go lubić i aktualnie sprawdza się bez zarzutu. :) Choć był czas kiedy mnie podrażniał, to mimo wszystko uważam, że zdecydowanie warto się z tym płynem zaznajomić i przetestować go na sobie, a nóż się sprawdzi. Za taką cenę grzechem byłoby tego produktu nie spróbować i nie poznać. :)

ŻEL MYJĄCO-PEELINGUJĄCY YOUNGY20+ LIRENE 
Z jednej strony nie można mu nic zarzucić, z drugiej szału nie zrobił. Przeciętniaczek. :) Dobrze zmywał makijaż i bardzo orzeźwiająco pachniał, więc sprawdzał się też przy porannej pielęgnacji twarzy jako niezły "pobudzacz". Nie podrażniał, niby nie przesuszał, ale pozostawiał jednak delikatne uczucie ściągnięcia. Peelingujące drobinki były bardzo delikatne i właściwie niewyczuwalne, za co plus, bo moja naczynkowa cera nie lubi się z mechanicznymi peelingami. Z drugiej strony równie dobrze mogłoby nie być ich wcale... :) Jakoś tak miałam wrażenie, że jest wyjątkowo napakowany chemią... chyba za bardzo przyzwyczaiłam się do aptecznych i bardziej naturalnych kosmetyków do pielęgnacji twarzy. Raczej do niego nie wrócę.


PODKŁAD BOURJOIS HEALTHY MIX
Poświęciłam mu osobny post, więc zapraszam TUTAJ. Według mnie podkład wcale taki idealny, jakim został okrzyknięty i chyba nie do końca podzielam te wszystkie zachwyty nad nim. Więcej w recenzji!


MATUJĄCY KREM BB 8w1 EVELINE
Zużyłam go do ostatniej kropli i dwa tygodnie temu zaopatrzyłam się w kolejne opakowanie, według mnie jest to najlepszy drogeryjny krem BB. Niestety, dla takiego bladziocha jak ja, nadaje się tylko na lato i okres powakacyjny. Bardzo ładnie, naturalnie wygląda na twarzy, ma ładne wykończenie, dobre krycie i jest trwalszy niż niejeden podkład. Dobrze rozprowadza się nawet bez użycia pędzla, więc świetnie sprawdzi się w czasie letnich wyjazdów. Jestem z niego naprawdę zadowolona, uważam że to kosmetyk niedoceniany i bardzo go Wam polecam. Na pewno przybędę do Was z jego dokładniejszą recenzją. :) 


Na koniec kilka drobiazgów:

  • CHUSTECZKI FACELLE- ulubione. :)
  • MYDEŁKO L'OCCITANE- chyba nie do końca rozumiem fenomen tej marki. Mydełko fajne, ale bez rewelacji, zdecydowanie nie warte zamawiania go przez internet. Produkt otrzymałam w ramach współpracy, sama nie kupiłabym go ponownie...  PS. Dobrze domywało pędzle. :)))
  • MASKA KOJĄCA ZIAJA- lubię wszystkie maseczki Ziaji, każda sprawdza się u mnie tak samo dobrze, więc i tą polecam.
  • MASECZKA PRZECIWTRĄDZIKOWA DERMAGLIN z kambryjską glinką zieloną- ogromny ulubieniec, najlepsza "saszetkowa", niewymagająca żadnego przygotowania maseczka z glinką. Świetnie oczyszcza pory, łagodzi zmiany trądzikowe, leczy stany zapalne. Bardzo lubię nakładać ją miejscowo i punktowo, nie ściąga wtedy skóry tak bardzo, a działa równie dobrze. Świetny, prosty skład i ogromna wydajność. Polecam wycisnąć ją do pustego opakowania po kremie i zakręcić, w saszetce niestety szalenie szybko wysycha, a szkoda, bo opakowanie jest spore i spokojnie wystarcza na kilka użyć.

I tym sposobem dobrnęliśmy do końca!
Macie jakieś specjalne życzenia na kolejne posty? Dysponuję sporą ilością czasu wolnego, więc jestem otwarta na Wasze propozycje i sugestie. Zachęcam do wypełnienia poniższego formularza, całkiem anonimowo. :)

PS. Dajcie znać czy używałyście któregoś z bohaterów dzisiejszego posta, jestem strasznie ciekawa. :)


18 lip 2014

Rumień precz! Lekki krem ochronny SPF 15 Dermedic.

Jako rasowa blondynka i posiadaczka jasnej karnacji, szczególnie w okresie letnim i zimowym, zmagam się z problemem rozszerzonych naczynek na policzkach. Zmiany nie są może zbyt duże, ale mimo wszystko lubię wplatać do przeciwtrądzikowej pielęgnacji cery produkty, które delikatnie ją wyciszą i uspokoją. Ostatnio w mojej kosmetyczce gości lekki krem ochronny zawierający SPF 15 (ochrona przeciwsłoneczna przy skórze naczynkowej jest bardzo, bardzo ważna) z serii Angio Preventi marki Dermedic i chcę Wam o nim trochę poopowiadać. Zapraszam do czytania! :)


Krem przychodzi do nas w zgrabnej, higienicznej, 45-gramowej tubce zabezpieczonej dodatkowo tekturowym kartonikiem. Producent poleca stosowanie tego kremu nie tylko posiadaczkom cery naczyniowej, ale również osobom zmagającym się z trądzikiem różowatym.

Krem zawiera w swoim składzie m.in Neutrazen, lukrecję, Tinosorb SPF 15, Oxynex i witaminę C, a także chlorofil, który jest naturalnym barwnikiem odpowiedzialnym za zielone zabarwienie kremu, a co za tym idzie- maskowanie rumienia. Każdorazowa aplikacja kremu na oczyszczoną skórę twarzy, rzeczywiście wycisza ją, łagodzi ewentualne podrażnienia, niweluje zaczerwienienie, wyrównuje jej koloryt. Jest to jednak efekt jednorazowy i utrzymuje się dopóty, dopóki krem pozostaje na naszej skórze. Nie zauważyłam niestety bardziej "długofalowego" działania kremu na moją naczynkową cerę.
Produkt jest bardzo przyjemny w "noszeniu" i aplikacji. Ma co prawda dość gęstą, kremową i raczej treściwą konsystencję, lecz mimo to nie czuć go na twarzy, łatwo się rozprowadza i dobrze spisuje pod makijażem.

Nie lubi się jednak zbyt gęstymi i ciężkimi podkładami, potrafią się na nim smużyć i zostawiać nieestetyczne placki. Każde inne bardzo dobrze z nim współgrają.


Lubię stosować go w dni, kiedy nie wychodzę z domu, albo kiedy moja skóra domaga się odpoczynku od makijażu. Daje ładne matowe wykończenie, ujednolica koloryt cery, maskuje zaczerwienienia i co ważne- zawiera filtr (SPF 15), który na pochmurne dni, wieczorne spacery i leniwe popołudnia z książką jest dla mnie jak najbardziej wystarczający.

Krem fajnie sprawdzi się również wieczorem, po dokładnym demakijażu, gdyż naprawdę przyzwoicie nawilża skórę. Jest delikatny i łagodny, nie podrażnia dając uczucie ukojenia i złagodzenia.


Niestety, mam wrażenie, że trochę mnie zapycha... :( Używanie go przez kilka dni pod rząd kończy się u mnie wysypem małych, podskórnych grudek, głównie w okolicach brody i żuchwy, z tego powodu raczej do niego nie wrócę. Zastanawiam się, który składnik jest temu winien?


SKŁAD: Aqua, Octocrylene, C12-15 Alkyl Benzoate, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Glycerin, Stearyl Alcohol, Hydrogenated Polydecene, Isohexadecane, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, polyacrylamide C13-14 Isoparaffin Laureth-7, Butylene Glycol, Dextran, Palmitoyl Tripeptide-8, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, CI 75810, benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone-linone, Methylisothiazolinone, Parfum.


Krem w zależności od miejsca kosztuje około 30 zł, dostaniecie go w aptekach. Myślę, że biorąc pod uwagę jego pojemność (45g), gęstą konsystencję, a co za tym idzie również wydajność, nie jest to wysoka cena jak na dermokosmetyk. Swego czasu miałam przyjemność używać kremu Rilastil przeznaczonego do cer z podobnymi problemami (recenzja TU), którego cena waha się w granicach 50-55 zł. Ich działanie jest bardzo, bardzo podobne (z tym, że w przypadku kremu Rilastil nie zauważyłam zapychania).
Jeżeli Wasza cera nie jest skłonna do zapychania i nie macie problemów z nawracającym trądzikiem, a szukacie aptecznego kremu w przystępnej cenie, który zniweluje Wasze zaczerwienienia, uspokoi rumień i sprawdzi się zarówno na dzień jak i na wieczór, to mogę go Wam polecić. U mnie niestety do końca się nie sprawdził, bardzo żałuję...

PLUSY: 
+ wygodne, higieniczne opakowanie 
+ przyjemna konsystencja i aplikacja
+ zielony kolor maskujący zaczerwienienia
+ delikatny, nie podrażnia
+ poprawia koloryt skóry, "wycisza" rumień
+ ładnie nawilża
+ uniwersalny- sprawdza się i na dzień i na noc
+ wydajność
+ SPF 15

MINUSY: 
- nie współgra ze wszystkimi podkładami
- działa "jednorazowo" 
- mam wrażenie, że mnie zapycha 


Dajcie znać czy miałyście okazję używać tego produktu i jak się u Was sprawdził. Są wśród Was jakieś (nieszczęśliwe) posiadaczki cer naczynkowych? Będzie mi miło jeśli podzielicie się ze mną Waszą receptą na walkę z tym problemem. :) Ściskam!

16 lip 2014

Letnio-wakacyjna lista życzeń.

Zasunięte rolety bronią mnie przed słońcem, na które dzisiaj wyjątkowo nie mam ochoty, a ja siedzę z laptopem na kolanach w idealnie posprzątanym pokoju i czuję, że jestem naprawdę niebezpiecznie blisko sielanki. Ostatnie dwa dni poszarpały mi trochę nerwy, a jeśli dołożyć do tego jeszcze złośliwość rzeczy martwych (o której za chwilę) zaczynam poważnie zastanawiać się, jakim cudem nie dostałam jeszcze szewskiej pasji.

Wierzcie lub nie, ale to moje szóste podejście do publikacji letniej wish listy. Zamiary miałam dobre, plany ambitne, ale jak na złość, za każdym razem coś idzie nie tak... Albo wyłączę stronę z edytorem i muszę tworzyć grafikę od nowa, albo odłączę ładowarkę od komputera i wszystko szlag trafia, albo nagle przestaje działać internet... Dostaję już fioła.

Po cichu wierzę jednak, że wyjątkowo nieprzyjemne okoliczności towarzyszące tworzeniu tego posta, który bądź co bądź jest jednym z moich ulubionych na Waszych blogach, nie wpłyną negatywnie na jego odbiór. :) Po małych przebojach i całkiem sporą satysfakcją, zapraszam Was w końcu na mały przegląd tego, co znalazło się na mojej letnio-wakacyjnej liście życzeń. Miłego podglądania! :)



  • BIKINI - nie jest to jakiś wydatek pierwszej potrzeby, bo mam strój kąpielowy, z którego jestem bardzo zadowolona, ale jeśli uda mi się upolować na wyprzedażach coś na przyszły rok w okazyjnej cenie, to narzekać nie będę. Mam ochotę na taki fason i koniecznie jakiś wakacyjny odcień.
  • T-SHIRTY - od jakiegoś czasu poluję na pasiasty T-shirt, który zakrywałby ramiona, a w którym nie wyglądałabym jak w worku. Koszulka z numerkiem, to coś na co zachorowałam już pod koniec wiosny i co tu dużo mówić- muszę ją mieć. :)
  • TORBA PLAŻOWA - jeżeli powiecie mi gdzie dostanę taką jak wyżej, to stawiam dobre wino. :D Jest idealna, dokładnie o czymś takim marzę.
  • CIELISTE SANDAŁKI - już mam. :)
  • AŻUROWA BIAŁA SUKIENKA - totalnie mój styl, kocham się w takich sukienkach i mogłabym mieć ich w swojej szafie nawet z pięćdziesiąt, nigdy nie będzie mi dość.
  • KSIĄŻKI:  wakacje to czas, kiedy na nowo zakochuję się w książkach. Pragnę ich coraz więcej, łakomie gromadzę kolejne tytuły, nie dając ostygnąć tym, które jeszcze czekają na ukończenie. Zamarzyłam sobie dwa kolejne egzemplarze, które prawdopodobnie w tym tygodniu przyniosę ze sobą do domu: "Gwiazd naszych wina" J. Green i "Hopeless" C. Hoover. Czytałyście? :) 
  • ZWIEWNE SPODENKI - możecie mówić, że wyglądają jak dół od piżamy, ale dla mnie są idealne na plażę i nadmorskie spacery. Znalazłam już granatowy okaz idealny i pokażę Wam go przy okazji najbliższego haulu zakupowego. Cierpliwości. ;) 
  • KORONKOWY TOP + KORALOWE SZORTY = ♥ Szorty już mam, z pomocą przyszła mi Bershka. Pytanie tylko, gdzie znajdę takie koronkowe cudo w miarę przystępnej cenie? Wszelkie rady mile widziane!
  • MELISSKI - nigdy nie mierzyłam butów, które byłyby bardziej przyjazne dla stóp. Przewygodne, lekkie, urocze i idealne na wiele okazji. Gdyby jeszcze był gdzieś dostępny mój rozmiar... Przekopałam cały internet, ten model jest wszędzie wyprzedany, a magicznego 36 ani widu ani słychu... 
  • BAZA POD CIENIE ARTDECO - zbieram się z jej zakupem i zbieram i postanowiłam, że w lipcu naprawdę muszę ją mieć, bo żaden drogeryjny produkt nie spełnia jak na razie moich oczekiwań... Gdzie dostanę ją najtaniej?
  • NOWY TANGLE TEEZER - swojego poprzedniego oddałam siostrze dochodząc do wniosku, że przy moich pięciu (w dodatku wypadających na potęgę) włosach na krzyż jest mi zupełnie zbędny, a teraz znów zapragnęłam go mieć. Jako, że ten siostry też już wymaga wymiany, więc będzie okazja by sobie go sprezentować. :) Jeżeli jesteście zainteresowane moją opinią na temat słynnej szczoteczki, to odsyłam Was do TEGO posta.
Mam nadzieję, że w czasie wakacyjnych wyjazdów upoluję jakąś złotą rybkę i z jej pomocą uda mi się wykreślić z letniej listy życzeń więcej pozycji niż to w było w przypadku wiosennej (KLIK). Trzymajcie kciuki!

Skończyłam pisać i słońce oddaliło się za chmury, w końcu można normalnie egzystować. Czy tylko ja mam dzisiaj mam wyjątkowo dość tego upału...?
Uciekam na balkon na randkę z książką, a Wam życzę miłego wieczoru. Do usłyszenia jutro! :*

PS. Dajcie znać czego Wy potrzebujecie na nadchodzące miesiące, mam nadzieję się zainspirować. :)

12 lip 2014

Efekt miliona rzęs? L'Oreal Volume Million Lashes So Couture.

Maskara Volume Million Lashes So Couture jest drugą maskarą spod szyldu marki L'Oreal jaką miałam okazję testować. Poprzednia- False Lash Wings (recenzja TU) niemal od razu trafiła do grona moich ulubieńców. Pokochałam ją za piękne wydłużenie, pogrubienie i nadanie objętości moim cienkim i ledwo widocznym z natury rzęsom. Czy nowość, która dopiero od niedawna gości na drogeryjnych półkach zdetronizowała mojego dotychczasowego ulubieńca? Tego właśnie dowiecie się z dzisiejszego posta. Zapraszam do czytania!


Fioletowo-złote opakowanie i czekoladowo-waniliowy zapach (tak, to prawda!) sprawiają, że tusz do rzęs L'Oreal Paris dosłownie pachnie luksusem, wygląda elegancko i bardzo porządnie. W środku chowa się nieduża, raczej tradycyjna, silikonowa szczoteczka, która delikatnie zwęża się ku końcowi, dzięki czemu dobrze dociera do krótszych rzęs w wewnętrznym kąciku. Jest giętka i miękka, łatwo się z nią pracuje, nawet przy małych oczach.

Cenię sobie maskary, które nie wymagają "leżakowania" i są gotowe do użycia niemal od razu po otwarciu opakowania. O ile tusz False Lash Wings potrzebował trochę czasu by zacząć odwalać kawał dobrej roboty, o tyle w przypadku VML So Couture już pierwsza aplikacja nie sprawia żadnych większych problemów. Efekt jaki daje ta maskara nie jest jednak aż tak spektakularny...

źródło: allegro.pl

Według mnie tusz przy jednej warstwie wcale nie daje efektu "wow", a dokładanie kolejnych sprawia, że rzęsy stają się sklejone, obciążone i zwyczajnie tracą na uroku. Nie są ani długie, ani gęste, ani idealnie rozczesane, jedynie ładnie podkręcone. Zresztą, zobaczcie i oceńcie same:




Moje rzęsy z natury są bardzo cienkie, rzadkie, osłabione i dają mi popalić częstym wypadaniem. Ciężko mi znaleźć maskarę, z której jestem naprawdę zadowolona, ale ta w porównaniu do wcześniejszych jakich miałam okazję używać, wypada po prostu średnio. Efekt nie powala na kolana i nie sprawia, że mam ochotę już teraz zaopatrzyć się w kolejne opakowanie.


Tusz nie uczulił mnie ani nie podrażnił. Na plus zaliczam również głęboki czarny kolor i naprawdę dobrą trwałość. Maskara utrzymuje się na moich rzęsach w nienaruszonym stanie przez cały dzień, nie osypuje się, nie rozmazuje i nie sprawia mi niespodzianki w postaci "efektu pandy" już po kilku godzinach. Nie jest wodoodporna, ale sprawdza się w trakcie cieplejszych dni i upałów, jej demakijaż również nie nastarcza mi większych trudności, przy odrobinie cierpliwości radzi sobie z nią właściwie każdy płyn micelarny.


Jest dość droga, opakowanie o pojemności 9 ml kosztuje ponad 50 zł, ale często bywa na promocjach, więc warto na takie polować.

Czy polecam? Jeśli macie ładne, dość długie rzęsy i nie oczekujecie od maskary wybitnego wydłużenia i spektakularnego pogrubienia, to myślę że będziecie z tego produktu zadowolone. Dla mnie to średniak, któremu z jednej strony nie można zbyt dużo zarzucić (szczoteczka, konsystencja, trwałość są jak najbardziej w porządku), ale który z drugiej strony zwyczajnie nie zachwyca. Trochę trudno jest mi doszukać się tutaj efektu miliona rzęs, który obiecuje producent.

PLUSY:
+ eleganckie, luksusowe opakowanie
+ czekoladowo-waniliowy zapach
+ wygodna, precyzyjna silikonowa szczoteczka
+ konsystencja (niemal idealna od razu po otwarciu)
+ głęboki czarny kolor 
+ trwałość
+ ładne podkręcenie
+ dostępność

MINUSY:
- cena
- słabe wydłużenie i pogrubienie
- kolejne warstwy dają efekt "sklejonych rzęs"


Lubicie maskary marki L'Oreal? Znacie Volume Million Lashes So Couture? Jak się u Was sprawdziła? Jestem bardzo ciekawa i jak zwykle czekam na Wasze komentarze!

11 lip 2014

Król wśród peelingów- Yasumi Cream Body Scrub.

Peelingowanie ciała to jeden z najważniejszych kroków w walce o piękną i gładką skórę i powinniśmy o nim pamiętać zwłaszcza latem. Zabieg ten jest szczególnie istotny dla osób stosujących samoopalacze (zapobiega powstawaniu nieestetycznych plam) i używających depilatora (usuwa wrastające włoski), ale nie tylko! Złuszczanie naskórka ma na celu poprawić mikrokrążenie i koloryt skóry, wygładzić ją, zmiękczyć i przygotować do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych i lepszego wchłaniania się kosmetyków.

Pomimo szeregu korzyści jakie daje ten zabieg, regularne peelingowanie ciała nie jest niestety moją najmocniejszą stroną. Stronię od peelingów tym bardziej, że moja skóra ma tendencję do zaczerwienień i pękających naczynek, szczególnie na udach... Pani Magda w tej sytuacji zaproponowała mi przetestowanie kremowego peelingu do ciała z kokosem i pestkami liczi marki Yasumi, który z założenia jest delikatniejszy i nadaje się nawet do codziennego stosowania. Przyznam szczerze, że nie byłam co do tego produktu do końca przekonana, ale już po pierwszych użyciach zaczęłam żałować, że trafiłam na niego tak późno. Dziś jest moim królem wśród peelingów i koniecznie muszę Wam o nim opowiedzieć. Zapraszam do czytania!


"Kremowy peeling do ciała usuwa martwe komórki naskórka, doskonale oczyszcza i wygładza skórę, pozostawiając ją miękką i gładką Ekstrakt z kokosa ma właściwości wygładzające i rozjaśniające. Doskonale nawilża, zmiękcza i chroni przed wolnymi rodnikami. Zmielone pestki owoców liczi złuszczają martwe komórki naskórka oraz oczyszczają skórę. Masło Shea bogate w trójglicerydy chroni skórę przed wysychaniem. Jest również źródłem prowitamin A, E i F, dzięki czemu rewitalizuje i rozświetla skórę. Dodatek odżywczych olejków z avocado i ze słodkich migdałów silnie nawilża, regeneruje i zmiękcza skórę, a szorstkość i nadmierne rogowacenie zostają zredukowane. Masaż przy użyciu YASUMI Coco Lychee Cream Body Scrub stymuluje mikrokrążenie i dotlenia skórę, przygotowując ją na przyjęcie składników aktywnych. Skóra pozostaje aksamitna i jedwabiście gładka."

Produkt przychodzi do nas w odkręcanym plastikowym słoiczku (zabezpieczonym dodatkowo sreberkiem) o pojemności 220 g. Niepozorne opakowanie mieści w sobie peeling o wielkiej mocy- ścierające zmielone pestki owoców (liczi), nawilżające oleje (z avokado, słodkich migdałów), masło shea, ekstrakt z kokosa (który wykazuje właściwości rozjaśniające i chroni przed wolnymi rodnikami) oraz piękny, słodki zapach, który zadowoli wszystkie zwolenniczki tego typu aromatów.

Jego działanie jest zachwycające- stosując drogeryjne peelingi, nie spotkałam się wcześniej z produktem, który tak idealnie wygładza skórę, zmiękcza ją, a jednocześnie tak ładnie odżywia ją i nawilża. Kosmetyk pozostawia na skórze delikatną warstwę ochronną, która sprawia, że po jego użyciu naprawdę nie ma potrzeby sięgania po balsam czy mleczko.


Peeling jest bardzo skuteczny, ale jednocześnie na tyle delikatny, że nawet ja- osoba mająca problem z pękającymi naczynkami, sięgam po niego dwa nawet do trzech razy w tygodniu i nie zauważam podrażnień i działań niepożądanych. Jeszcze po żadnym produkcie tego typu nie odczuwałam takiego komfortu.

Uzależniłam się również od tego zapachu- przepysznie pachnie kokosankami i co lepsze, zapach utrzymuje się na skórze jeszcze jakiś czas po aplikacji. Aromaterapia nie z tej ziemi!


Producent idealnie określił konsystencję tego produktu jako kremową. Peeling nie spływa z dłoni, jest dość gęsty (sprawdzi się również u tych z Was, które nie posiadają wanny), ale dobrze się rozprowadza i w niczym nie przypomina żelowych, galaretowatych peelingów, z którymi miałam do czynienia do tej pory.
Kremowa konsystencja zawiera w sobie mnóstwo drobinek różnej wielkości, od tych naprawdę nie wielkich, po całkiem duże pesteczki, peeling cudownie "poleruje" skórę, usuwa martwy naskórek, po jego użyciu nie ma mowy o suchych kolanach, łokciach i stopach. Skóra jest cudowna, dosłownie jakbym dopiero co wyszła z czterogwiazdkowego SPA...


Jedynym minusem jaki zauważam jest cena i dostępność. Produkt kosztuje 59 zł i możecie dostać go w sklepie internetowym producenta (KLIK), salonach firmowych albo na allegro. Peeling jest dość drogi, ale według mnie wart każdej złotówki, jeśli więc macie ochotę pozwolić sobie na odrobinę luksusu, albo podarować go swoim bliskim, to zdecydowanie mogę Wam ten produkt polecić, jestem pewna, że nie będziecie zawiedzione. Ja jestem zachwycona, moje wymagania co do peelingów będą od tego momentu znacznie bardziej wygórowane... aż się boję. :)

SKŁAD: AQUA (WATER), COCOS NUCIGERA (COCNUT) FRUIT EXTRACT, CAPRYLIC/CAPRIC TRIGLYCERIDE, HYDROGENATED PALM KERNEL GLYCERIDES, OCTYLODODECANOL, POLYETHYLENE, BUTYROSPERMUM PARKII (SHEA BUTTER), GLYCERYL STEARATE, CETEARYL ALCOHOL, GLYCERIN, CETEARETH-20, HYDROGENATED PALM GLYCERIDES, LITCHI CHINRNSIS SEED POWDER, PERSEA GRATISSIMA (AVOCADO) OIL, PRUNUS AMYGDALUS DULCIS (SWEET ALMOND) OIL, PARFUM (FRAGRANCE), CETEARETH-12, PHENOXYETHANOL, POLYACRYLAMIDE, CAPRYLYL GLYCOL, DISODIUM EDTA, MAGNESIUM ALUMINUM SILICATE, XANTHAN GUM, CHLORPHENESIN, C13-14 ISOPARAFFIN, TRIETHANOLAMINE, LAURETH-7, ALCOHOL DENAT., CI 17200 (RED 33), CI 47005 (YELLOW 10 ).

Znacie tego zdzieraka? Macie swojego ulubieńca w kategorii peelingów do ciała? Co jest Waszym numerem jeden? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...