27 lut 2015

Małe zakupy z Hebe i garść nowości makijażowych.

Wszystko zaczęło się od niewinnego spojrzenia zza szyby na szyld drogerii Hebe, której w Bydgoszczy niestety nie mamy. W trakcie drogi z zakopiańskich Krupówek do miejsca naszego pobytu, moja głowa przeżyła prawdziwe oblężenie planów zakupowych. Przejrzałam gazetkę i oferty promocyjne, pobiłam się trochę z myślami, po czym sprowadzona na ziemię przez swojego chłopaka (który twierdzi, że mamy z moją współlokatorką w domu Rossmanna) zaprzyjaźniłam się z zdrowym rozsądkiem i obiecałam sobie, że wejdę tam TYLKO raz i TYLKO popatrzeć. Obiecanki cacanki. ;) Przyznaję się bez bicia, że trochę mi nie wyszło, ale założę się że większa część z Was zrozumie moją niesłowność. Nie będę ściemniać, że nie mam wyrzutów sumienia, bo gdyby się tak zastanowić i spojrzeć prawdzie w oczy, to z całej gromadki, którą przytargałam ze sobą do pokoju, w gruncie rzeczy potrzebowałam aż... jednego produktu.


A mowa o szczotce Tangle Teezer, którą już kiedyś posiadałam, ale po tym jak włosy zaczęły lecieć mi garściami, a włosomaniactwo całkowicie mi przeszło, oddałam ją siostrze. Teraz znowu zapragnęłam ją mieć. ;) Skusiłam się na wersję Orginal w fioletowo-różowym kolorze. Nie będę się zbytnio rozwodzić na jej temat, bo wieki temu poświeciłam jej oddzielny post na moim blogu, więc wszystkich bliżej zainteresowanych odsyłam TUTAJ. Moja opinia na temat tej szczotki jest cały czas taka sama. Muszę jednak przyznać, że wersja Orginal jest trochę mniejsza i jak dla mnie- wygodniejsza, zdecydowanie lepiej leży w dłoni. Zapłaciłam za nią 34,90 zł.

Do koszyka wrzuciłam również:

- lakier Essence w odcieniu #106 - słodki, cukierkowy róż, którego brakowało w mojej "kolekcji".  Dawno nie używałam lakierów z essence, a swego czasu bardzo je lubiłam, mają fajne kolory i wygodny pędzelek, a do tego są niedrogie. Za swój egzemplarz zapłaciłam mniej niż 6 zł.

- maseczka Strawberry Souffle Montagne Jeunesse (truskawkowa maseczka głęboko oczyszczająca)- od zawsze chciałam spróbować tych maseczek (bardziej za sprawą przyciągających wzrok opakowań aniżeli ich popularności), ale cena (6 zł za opakowanie 15ml), trochę mnie jednak zniechęcała. Wzięłam jedną na próbę, jestem ciekawa jak się sprawdzi. Jestem prawie pewna, że pachnieć będzie genialnie. ;)

- Mleczna maska do włosów z proteinami Kallos - miałam swego czasu wielkie, litrowe opakowanie tej maski i bardzo fajnie mi się sprawdzała, a ostatnio trochę się za nią stęskniłam. Tym razem postawiłam na mniejsze. To jeden z najładniej pachnących kosmetyków, jakie miałam okazję używać. Wierzcie lub nie, ale dosłownie chce się ją zjeść. :)

- Krem do rąk z olejkiem arganowym Hand Sand- był w promocji za niecałe 5 zł, więc się skusiłam. Uwielbiam wszelkiego rodzaju mazidła do ciała, a kremy do rąk dosłownie idą u mnie jak woda, więc się przyda. Jeszcze go nie używałam.

Dwa żele pod prysznic w wielkich, półlitrowych opakowaniach (nie chcę już nawet liczyć ile ich mam w zapasach...):

- Kremowy żel pod prysznic mandarynka&imbir Fresh Juice- szczerze powiedziawszy trochę inaczej wyobrażałam sobie ten zapach i trochę się nim zawiodłam. (cena: 8,99 zł)
- Kremowy żel pod prysznic z olejkiem arganowym Joanna Sensual- tutaj dla odmiany zapach bardzo przyjemnie mnie zaskoczył, jest przepiękny. (cena: 5,99 zł)

Nowe owocowe peelingi z Farmony Let's celebrate

Peelingów mi nie brakuje, ale kupiłam z ciekawości, bo malinowo-jeżynowy peeling z serii Tutti Frutti tej marki (recenzja TU) sprawdzał mi się bardzo dobrze. Jeszcze ich nie używałam, bo cały czas czekają na swoją kolej, ale muszę Wam powiedzieć, że podobnie jak ich poprzednik, zapachy mają obłędne. Z czterech dostępnych wersji skusiłam się na dwie:
- Sunrise (pachnie jak perfumy Beyonce Heat Rush :P)
- Pinacolada (ananas+kokos) 


Na koniec chciałam pokazać Wam jeszcze cztery nowości makijażowe, które kupiłam w ostatnim czasie w Rossmannie. 

- Poczwórne cienie do powiek Eveline #01- cieni do powiek mam pod dostatkiem, a tę mini paletkę kupiłam wyłącznie z myślą o studenckim półmetku i mojej błyszczącej, granatowej sukience. Następnym razem użyję jej może przy okazji jakiegoś wesela. ;) 
W zestawie mamy kolor biały, średnią szarość, błyszczący granat i delikatnie połyskującą czerń. Generalnie nie mam tym cieniom nic do zarzucenia, dobrze się rozcierają i ładnie wyglądały na powiekach przez całą imprezę, ale nie jestem makijażowym frickiem i nie będę sięgać po nie zbyt często. Za paletkę zapłaciłam około 17-18 zł. 

- Krem CC Bourjois w odcieniu #31- chorowałam na niego całe wieki i powiem Wam, że jest naprawdę całkiem fajny. :) Ma bardzo ładny, wpadający w żółć odcień, który teraz jest dla mnie jeszcze trochę za ciemny, ale na lato będzie jak znalazł (póki co mieszam go z Revlonem CS w odcieniu #150 Buff i kolor jest idealny, a przy tym uzyskuję większe krycie i lepszą trwałość). Lubię go, bo daje bardzo naturalny efekt, nie podkreśla suchych skórek i ładnie maskuje wszelkiego rodzaju zaczerwienienia czy drobne niedoskonałości nie tworząc efektu maski. Mógłby być trochę trwalszy, ale dobrze przypudrowany zdecydowanie daje radę. Potrzebowałam takiego produktu i muszę przyznać, że początki naszej znajomości zapowiadają się całkiem obiecująco. :) 

- Żelowy eyeliner Scandaleyes Rimmel- w okresie liceum nie rozstawałam się z czarnym linerem, później przerzuciłam się na kredki, a przez ostatnie półtora roku na czarną kreskę stawiam dosłownie od święta. Studniówka mojej siostry była dobrym pretekstem to uzupełnienia luki w kosmetyczce. Żelowego linera nie używałam całe wieki i jakoś nie mogę się do niego przyzwyczaić. Bardzo odpowiada mi jego konsystencja i trzeba przyznać, że jest szalenie trwały. Na plus zaliczam również dołączony do niego pędzelek, o dziwo jest naprawdę całkiem przyzwoity i fajnie się z nim pracuje. 

- Maskara pogrubiająca i stymulująca wzrost rzęs Wibo- w blogosferze zachwytom nad nią nie ma końca, a ja jakoś nie mogę dołączyć do grona fanek. Zdecydowanie lepiej sprawdzała się u mnie popularna żółta maskara Lovely (recenzja KLIK), ta według mnie jest bardzo, bardzo przeciętna. Może trafiłam na jakiś wadliwy egzemplarz? Średnio się trzyma, lubi się kruszyć i osypywać się w ciągu dnia, ale przede wszystkim mam wrażenie, że nie nie wyciąga z rzęs wszystkiego... Nie wydłuża ich i nie pogrubia tak jak robią to inne tusze. Zużyć zużyję, ale raczej nie skuszę się ponownie.

Miałyście do czynienia z którymś z bohaterów dzisiejszego posta? Lubicie drogerię Hebe? Na co polecacie zwrócić tam uwagę?

Czekam na Wasze komentarze i kończę już zanim wyprodukuję prawdziwego tasiemca. ;) Ściskam ciepło!

PS. Pytałyście co u mnie. Wróciłam z Zakopanego wypoczęta, cała i zdrowa i choć po powrocie zaliczyłam już pierwsze wejściówki, nadal nie mogę odnaleźć się w studenckiej codzienności. Chwilami nadal jestem 500 km stąd, w miejscu gdzie kilka lat temu między moimi stopami, a śniegiem pojawiły się narty. Latem zupełnie nie potrafię się tam odnaleźć, ale zimą nie ma dla mnie piękniejszego miejsca na ziemi. Co jeszcze? Po drodze skończyłam dwadzieścia dwa lata, a dzień moich urodzin, to kolejna dawka niezapomnianych przeżyć. Mam ochotę wykrzyczeć całemu światu jak jest dobrze. A potem powrócić chociaż na chwilę do białych chwil zasypanym po kolana beztroską. Piękny jest luty w tym roku, piękny...

MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/

19 lut 2015

Kosmetyki w podróży- co zabrałam ze sobą w góry?

Dziecięca euforia i radość, chyba tak mogę opisać swoje wrażenia po dwóch dniach Naszych pierwszych od trzech lat ferii spędzanych w górach. Znacie to miejsce gdzie chmury schodzą na ziemię i skrzypiąc dają się ugniatać stopami? To Zakopane.
Tutaj zima nabiera sensu i prawdziwego uroku, a chłodne, miękkie światło zimowych dni jest tutaj najpiękniejsze. Spowalnia wszystko wokół, nawet koszmarny czas sesji (koniec końców zakończonej sukcesem) odchodzi powoli w zapomnienie, a ja mogę pozwolić sobie na wmówienie jeszcze kilku chwil nieświadomości po wyłączeniu dzwoniącego budzika. Tęskniłam za tym okrutnie!
Zresztą, kiedy człowiek przeżywa wyjazd roku, ciężko jest go opisać.  Doborowe towarzystwo, narty, maximum śniegu i dobrego humoru, minimum codzienności. To po prostu nie może się nie udać.

Korzystając z tego, że mój facet nadal przysypia przy Esce, a do wyjścia mamy jeszcze trochę czasu, zapraszam Was na szybki post, w którym pokażę Wam co zabrałam ze sobą na wyjazd. Mam nadzieję, że wypatrzycie dla siebie coś ciekawego, tym bardziej że duża część kosmetyków to moi wielcy ulubieńcy ostatniego miesiąca. :) Zapraszam do czytania!


Żel + balsam pistacja&magnolia Purely Pampering Dove - świetny pielęgnacyjny duet na zimowe wieczory. Połączenie pistacji i magnolii (choć ja wyczuwam tutaj głównie te pierwsze) to mój zapachowy hit ostatnich kilku tygodni- ciepły, otulający i nieziemsko słodki. Jeśli lubicie takie zapachy, to koniecznie zajrzyjcie do drogerii, aktualnie prawie w każdej możecie dostać te produkty w promocyjnych cenach. Myślę, że warto, tym bardziej że pod względem pielęgnacyjnym też nie wypadają najgorzej.

Pianka do golenia Isana (wersja z aloesem)- stały bywalec w mojej kosmetyczce.

Antyperspirant Rexona w kulce  

Masełko z olejem arganowym The Body Shop- zabrałam je ze sobą również na sylwestrowy wyjazd i to właśnie wtedy totalnie się w nim zakochałam. Gdybym miała na zbyciu trochę pieniędzy, na pewno zakupiłabym pełnowymiarowe opakowanie. Dlaczego? Po pierwsze- za genialną, gęstą, treściwą konsystencja. Po drugie- piękny, delikatny zapach. Po trzecie- świetny skład i bardzo, bardzo dobre właściwości nawilżające. Masło z olejkiem arganowym (aktualnie używam go tylko do nawilżania stóp i dłoni, bo mi go szkoda :P) w niczym nie przypomina masła grejpfrutowego z TBS, którego używałam jakiś czas temu i które dla mnie było totalnym bublem- przereklamowane i zupełnie nie warte swojej ceny.

Szampon Ziaja do włosów tłustych- bardzo fajny, miętowy, śmiesznie tani szampon dla przetłuszczającej się skóry głowy. Używam go bez przerwy od kilku ostatnich miesięcy, na wyjazd przelałam go w mniejsze opakowanie.

Balsam do włosów Bania Agafii- mała, poręczna saszetka idealnie sprawdza się w wyjazdowej kosmetyczce. Jeszcze go nie używałam, dopiero dzisiaj zaliczy swój debiut. ;)

Wiśniowy Carmex- lubię i już. :)

Czysta wazelina kosmetyczna Vaseline- nie pomyślałabym, że tak polubię się z tym produktem, ale ostatnio się z nim nie rozstaję. Super sprawdza się nie tylko do pielęgnacji ust, ale również innych przesuszonych partii skóry twarzy i ciała. Warto ją mieć! Jeżeli macie ochotę, zrobię Wam post o tym jakie zastosowania ma czysta wazelina, może okaże się dla Was przydatny?

Próbka kremu pod oczy marki Macrovita

Płyn micelarny BeBeauty- ente opakowanie. :)

Krem nawilżający matujący 25+ Ziaja- wróciłam do niego po krótkiej przerwie i tylko przypomniałam sobie za co go tak bardzo lubię. :) Jeden z moich ulubionych kremów na dzień, bardzo fajnie się sprawdza w przypadku mojej tłustej, skłonnej do trądziku cery.

Krem Effaclar Duo [+] La Roche Posay- zostały mi dosłownie resztki drugiego opakowania, na pewno zaopatrzę się w kolejne, bo ten produkt bardzo poprawił stan mojej skóry. Więcej opowiedziałam Wam o nim w TYM poście.

Puder oczyszczająco-złuszczający Yasumi- zabrałam go ze sobą zamiast zwykłego żelu do mycia twarzy, bo zajmuje bardzo mało miejsca, a jest przy tym szalenie wydajny. Na pewno opowiem Wam o nim więcej w oddzielnym poście, bo jest to dość ciekawy produkt i o ile jestem sceptycznie nastawiona do wszelkich tego typu kosmetycznych wynalazków, to muszę powiedzieć, że ten naprawdę nieźle się sprawdza (o ile lubicie takie bardzo oczyszczające produkty).

Perfumy Jimmy Choo- gwiazdkowy prezent od mojego chłopaka, ostatnio używam ich non stop, bo cholernie mi się podobają. Początkowo są słodko-kwaśne, ale z godziny na godzinę coraz bardziej czuć w nich toffii i paczulę, stają się bardzo tajemnicze, bliskoskórne i seksowne. Zapach jest szalenie oryginalny, ciężki do opisania i zdecydowanie zwraca uwagę otoczenia, ale na pewno nie spodoba się każdemu. Powąchajcie, jest szansa że zakochacie się w nim podobnie jak ja. :)


Róż do policzków Essence #10 Adorable- piękny, cukierkowy odcień na co dzień.

Wypiekane cienie do powiek Isadora #81 Cool Browns- gdybym miała zostawić sobie tylko jedną mini paletkę cieni, to bez wahania wybrałabym tę. Kolory idealne na każdą okazję, a przy tym genialna trwałość i pigmentacja. 

Zestaw do brwi Essence (wersja dla blondynek)- używam non stop od kilku dobrych miesięcy.

CC krem Bourjois w odcieniu #31 Ivory - nowość w mojej kosmetyczce, ale już wiem że się polubimy. Żałuję, że tak długo zwlekałam z jego zakupem!

Gąbeczka do podkładu SYIS- super sprawa, sprawdza się bez zarzutu i ostatnio sięgam po nią dużo chętniej i dużo częściej niż po pędzel.

Maskara Maybelline the Colossal- jeden z moich ulubionych tuszów do rzęs (obok False Lash Wings od L'Oreal i śmiesznie taniej maskary Lovely). Polecam jeśli lubicie duże szczoty. ;)

Korektor Maybelline Affinitone w odcieniu #01 Nude Beige- jest ok, ale nie rozkochał mnie w sobie na tyle, bym pokusiła się o zakup kolejnego opakowania. Trochę denerwuje mnie jego sucha, pudrowa konsystencja i fakt, że lubi przesuszać okolice pod oczami... Duży plus za krycie i trwałość.

Rimmel Apocalips w odcieniu #100 Phenomenon- niesamowicie trwały nudziak na co dzień. Jedyne co mi nie odpowiada to zapach tego produktu, na szczęście jest wyczuwalny tylko w momencie aplikacji.

Żelowy eyeliner Rimmel Scandaleyes- kolejna nowość, dawno nie miałam żelowego linera i jakoś nie mogę się do niego przyzwyczaić. Na pewno za jakiś czas pojawi się osobny post na jego temat, póki co testuję. :)


I to już wszystko....

Dajcie znać czy znacie któryś z pokazanych przeze mnie produktów, jestem ciekawa jakie macie zdanie na ich temat. :) W tym tygodniu możecie spodziewać się jeszcze jednego kosmetycznego posta. Napadłam na Hebe (którego w Bydgoszczy niestety nie mamy) i koniecznie muszę pokazać Wam co przytargałam ze sobą do pokoju. Tymczasem uciekam, szkoda czasu na leżenie w łóżku, gdy przez zasłony wpada tak pięknie słońce. Miłego dnia!

MÓJ INSTAGRAM

http://instagram.com/sonnaillee/

4 lut 2015

Zima w mieście.

Nie raz zdarzało mi się narzekać tutaj na brak czasu i wiecznie za krótką dobę. Przyzwyczaiłam się już do tego, że żyję od weekendu do weekendu, licząc na to, że może w kolejny uda mi się trochę odetchnąć. Nic bardziej mylnego. :P Liczba zaliczeń i materiału do przerobienia z tygodnia na tydzień rośnie odwrotnie proporcjonalnie do czasu jaki pozostał do sesji, w trakcie której wierzcie lub nie, odpoczywam. Czym bowiem są dwa egzaminy rozłożone w dwutygodniowym okresie czasu (a teraz już właściwie jeden, bo z drugiego jakimś cudem udało mi się uzyskać zwolnienie :))) na przeciw niekończącego się maratonu kół i wejściówek?
Tegoroczny styczeń bez zastanowienia określiłabym jako najgorszy miesiąc w całej mojej trzyletniej "farmaceutycznej karierze". Dwadzieścia zaliczeń, odrabianie wtorków i zajęcia od 7 do 18:30, a po powrocie zarwana nocka i nauka na kolejne dwa koła, zdecydowanie dały mi w kość. Jeśli szukacie sposobu na to jak zrzucić kilka kilogramów zagryzając czekoladę żelkami, to zapraszam na farmację!  Zaczynam dostrzegać sens i ziarno prawdy w tym, że mój kierunek to kilka lat wyjęte z życiorysu. ;) Nie żebym narzekała, bo opłaciło się pracować, ale możecie sobie wyobrazić jak wyglądała przez ostatnie tygodnie moja przestrzeń czasu wolnego i jak odbiło się to na moim samopoczuciu.
Stąd moja nieobecność na blogu. Nie obiecuję poprawy, ale możecie mi wierzyć, że robię co mogę, by bywać tutaj jak najczęściej... Nie tylko Wam mnie tutaj brakuje. :)


W ramach małej rekompensaty za ponad dwutygodniową blogową ciszę, zapraszam Was dzisiaj na krótką recenzję styczniowego pudełka ShinyBox, które z racji tego, że zapuściłam korzenie w swoim studenckim mieszkaniu, dotarło do mnie później niż zazwyczaj. Jesteście ciekawe co znalazłam w środku? Zapraszam do czytania!


1) Sylveco - Odbudowujący szampon pszeniczno-owiasny (300 ml/28 zł - produkt pełnowymiarowy)
Szampon Sylveco to jeden z dwóch produktów w pudełku, które najbardziej mnie cieszą. Kończą mi się akurat dwa szampony (Ziaja i Alterra, z którą o dziwo wyjątkowo się polubiłam), dlatego z chęcią wypróbuję coś nowego. Mam tylko nadzieję że pomimo bogatego składu nie obciąży mi włosów i że wraz z jego używaniem nie przyplącze się do mnie żaden łupież. Zobaczymy!

2) Sylveco - Oczyszczający peeling do twarzy (75 ml/20 zł - produkt pełnowymiarowy) 
Jestem wielką fanką ziołowego, enzymatycznego peelingu Organique i myślę, że ciężko będzie go pobić, ale ten jest przeszło cztery razy tańszy, a skład ma naprawdę całkiem niezły. ;) To moje pierwsze spotkanie z korundem, jestem strasznie ciekawa jak się u mnie sprawdzi. Sama pewnie nie zdecydowałabym się na jego zakup, jakoś cały czas nie po drodze mi z kosmetykami Sylveco, dlatego bardzo się cieszę, że znalazły się w styczniowym pudełku.

3) Beautyface - Intelligent Skin Therapy -Oxygen (10 ml/30 zł - produkt pełnowymiarowy)
Pierwsze słyszę o tej marce, jest dla mnie kompletną nowością i może dlatego jakoś nie pałam większym entuzjazmem na widok maleńkiej buteleczki z pipetką. Na razie używam przeciwtrądzikowego serum marki Dermedic, to będzie musiało poczekać na swoją kolej. 

4) Vedara - Exclusive Lip Balm (14 ml/24 zł - w pudełku miniaturka 7 ml) 
Lubię produkty do ust, ale mam ich o dużo za dużo i kolejny balsam w słoiczku (w dodatku takim niegrzeszącym wyglądem i niezbyt cieszącym oko) szczerze powiedziawszy średnio mnie cieszy. Szczególnie, że nie dalej jak miesiąc temu w pudełku pojawiła się czysta wazelina. Plus za naprawdę bardzo dobry skład, w którym znajdziemy w nim m.in masło shea, olej kokosowy, migdałowy oraz ekstrakt mango.

5) Glazel - Perełki rozświetlające skórę (17g/45 zł - w pudełku miniaturka 11 g) 
Rozświetlacz i jego wszelkiego rodzaju odmiany to dla mnie nadal kosmetyk bez którego spokojnie potrafię się obejść i którego do szczęścia nie potrzebuję. O ile lubię markę Glazel, to ze zdecydowanie większą przyjemność przetestowałabym ich maskarę, róż czy puder, perełki rozświetlające to niekoniecznie coś, co sama włożyłabym do pudełka. Opakowanie jest urocze, ale w składzie już na drugim miejscu znajduje się parafina... Trochę słabo.

+ próbka balsamu myjącego z betuliną Sylveco 


Podsumowując, styczniowa edycja według mnie wypada słabiej niż grudniowa i listopadowa. Z całego pudełka najbardziej cieszą mnie produkty Sylveco, najmniej rozświetlające kuleczki. A jak jest z Wami? Co sądzicie o zawartości?  

Teraz pozostaje już tylko czekać na pudełko walentynkowe, studenckie połowinki, wyjazd w góry (mam nadzieję!), moje 22 urodziny, a w między czasie zaliczyć drugi egzamin. ;) Luty to jeden z moich ulubionych miesięcy w roku, rozpoczął się pięknie, trzymajcie kciuki za to, by tak zwana dobra passa mnie nie opuściła. Pozdrawiam ciepło! :*

 MÓJ INSTAGRAM 

http://instagram.com/sonnaillee

14 sty 2015

Kosmetyczne hity 2014.

Ostatnie dwanaście miesięcy nie było szczytem moich blogowych osiągnięć. Zmęczona codziennymi sprawami, natłokiem nauki i obowiązków, pojawiałam się tutaj zdecydowanie rzadziej niż wcześniej. Mimo to, udało mi się utrzymać "na podium" najpopularniejszych blogów kosmetycznych, czyli rankingu tworzonego przez Martę, o którym słyszała już pewnie każda z Was. Szalenie Wam za to dziękuję! Spędziliśmy tu razem kupę czasu, a ja z sentymentem wracam do archiwum tego bloga, obserwując swój rozwój, postępujący zakupoholizm i zmieniający się kosmetyczny gust. Korzystając z krótkiego przystanku w trasie niekończących się styczniowych zaliczeń i przed sesyjnego kociołka, postanowiłam przygotować dla Was kosmetyczne podsumowanie minionego roku, zanim temat hitów 2014 całkowicie się przedawni. Zebrałam dwadzieścia produktów, które rozkochały mnie sobie przez ostatnie dwanaście miesięcy i choć trąbiłam o nich na lewo i prawo, koniecznie muszę Wam o nich przypomnieć. Nie przedłużając już dłużej zapraszam do czytania i pozdrawiam Was ciepło! Szczególnie te z Was, które pomimo mojego zastoju w działaniu i wiecznego opóźnienia w publikowaniu postów, ładowały mnie pozytywną energią i ciepłymi słowami. Nie wiem czym zaskarbiłam sobie Waszą sympatię, ale strasznie mi miło, że jesteście! :*



Zaczynamy! 
(kolejność jest oczywiście przypadkowa)

1. ALANTAN DERMOLINE LEKKI KREM OCHRONNY

Zawiera alantoinę i d-panthenol, jest bardzo delikatny, ma prosty skład i dobrze sprawdza się przy cerze problematycznej. Rzeczywiście jest lekki, szybko się wchłania, nie obciąża skóry, nie zapycha porów i dobrze nawilża skórę. Dla mnie to fajna alternatywa dla kremu na dzień w dni, kiedy się nie maluję lub nie wychodzę z domu. Niekoniecznie lubię stosować go pod makijaż, bo pozostawia na skórze taką delikatnie tępą powłoczkę, ale jako kojący przerywnik od typowo anty trądzikowej pielęgnacji sprawdza się idealnie. Dostaniecie go w aptekach za przysłowiowe grosze. 

2. PŁYN MICELARNY GARNIER 3 W 1

Poświęciłam mu oddzielny post, zainteresowanych odsyłam TUTAJ

3. SZAMPON ZIAJA DO WŁOSÓW TŁUSTYCH


Jest genialny! Przede wszystkim- bardzo dobrze oczyszcza skórę głowy, nie przesuszając jej. Pozostawia włosy miękkie, sypkie i co ważne- nie obciążone (nie znoszę szamponów o kremowej konsystencji, zawsze sięgam po te przezroczyste). W dodatku pięknie pachnie miętą i jest szalenie wydajny. W dodatku kosztuje mniej niż 10 zł, musicie przyjrzeć mu się bliżej. :)

4.  PŁYN MICELARNY L'OREAL 


Poświęciłam mu oddzielny post, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

5. MASKA BIOVAX DO WŁOSÓW SŁABYCH, ZE SKŁONNOŚCIĄ DO WYPADANIA 

 Choć nie zauważyłam żadnego wpływu tego produktu na kondycję moich cebulek i zmniejszone wypadanie włosów, to nie potrafię mówić o nim inaczej niż w samych superlatywach. Nie pamiętam po którym kosmetyku moje włosy wyglądały tak dobrze, jak po tej masce! Staram się nakładać ją pod czepek raz w tygodniu (producent zaleca częściej, być może stąd brak u mnie efektów jeśli chodzi o zahamowanie wypadania), włosy po jej użyciu są mega miękkie, błyszczące i cholernie przyjemne w dotyku. Jeśli tak jak ja, macie pięć włosów na krzyż i bardzo często rezygnowałyście z maski, bo bałyście się efektu obciążenia, to spróbujcie tego produktu, jestem pewna, że będziecie zadowolone! Ma bardzo dobre opinie na wizażu, być może przy mniejszych zaburzeniach i bardziej regularnym stosowaniu rzeczywiście powstrzymuje w jakimś stopniu wypadanie włosów.

6. KREMOWY PEELING DO CIAŁA Z KOKOSEM I PESTKAMI LICZI YASUMI

Poświęciłam mu oddzielny post, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

7. KREM EFFLACLAR DUO + LAROCHE POSAY

Nie mam pojęcia dlaczego tak długo zwlekałam z jego zakupem. On naprawdę działa, zwalcza trądzik i jest wart każdej złotówki! Wierzcie lub nie, ale moja skóra nigdy wcześniej nie wyglądała tak dobrze! Używam go już trzeci miesiąc (teraz rzadziej, zamiennie z innym produktem, by skóra się do niego zbytnio nie przyzwyczaiła, o którym wspomnę Wam na dniach), po około 6 tygodniach całkowicie pozbyłam się problemu kaszki na czole i grudek w okolicy żuchwy i prawego policzka, z którymi walczyłam długi czas. Całkowicie ominął mnie problem wysypu, o którym często wspominałyście. Zdarzało mu się natomiast podrażniać moją skórę, szczególnie w okolicach nosa, ale też nie zawsze. Nie przestaję się nim zachwycać, teraz wyskakują mi już tylko pojedyncze zmiany, zazwyczaj w okresie przedmiesiączkowym i dniach, kiedy nie dosypiam i cały czas mam jeszcze problem z bliznami i przebarwieniami... 

8. SPECJALISTYCZNY KREM POD OCZY DERMEDIC TOLERANS 

 Poświęciłam mu osobny post, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

9. LAKIERY RIMMELL 60 seconds


Posiadam cztery egzemplarze, a każdy kolejny tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że to najlepsze lakiery z niskiej, drogeryjnej półki cenowej. Świetnie kryją, szybko wysychają i trzymają się na paznokciach około 5 dni, ja jestem z nich bardzo zadowolona. :) 

10. GĄBECZKA KONJAC SPONGE z węglem aktywnym

 Poświęciłam jej oddzielny post, zainteresowanych odsyłam TUTAJ.

11. MATUJĄCY KREM BB 8w1 EVELINE 

Idealny zamiennik dla podkładu na lato. :) Dlaczego tylko na lato? Niestety za sprawą koloru (posiadam odcień jasny), który w okresie jesienno-zimowym jest dla mnie zdecydowanie za ciemny. Poza tym "drobnym" minusem, nie mam się do czego przyczepić. Krem wygląda na twarzy bardzo naturalnie, świetnie się rozprowadza, nie potrzebujemy do tego celu nawet gąbeczki, ani pędzla, nasze dłonie spokojnie dadzą sobie z nim radę. Trwałość ma lepszą niż niejeden drogeryjny podkład, a krycie można stopniować. Nie zapchał mnie, ani nie zrobił mojej cerze krzywdy, w promocji można dorwać go nawet za 10 zł, także zdecydowanie polecam Wam bliższą znajomość z tym produktem. Według mnie to najlepszy krem BB jaki możemy znaleźć w drogeriach. Kremy z Garniera, Under Twenty, Lirene czy Rival de Loop mogą się przy nim schować. ;) 

12. KREM NAWILŻAJĄCO-KOJĄCY SPF 30 PHARMACERIS 


 Świetny, apteczny krem na dzień, według mnie bardzo niedoceniany. :) Dobrze nawilża skórę, jak na krem z filtrem dość szybko się wchłania, a tym samym idealnie sprawdza się pod makijaż. Jest dość gęsty, ale jednocześnie lekki i delikatny, nie bieli skóry, nie waży się, nie roluje, nie zapycha. Zawiera w swoim składzie wyciąg z wierzby i z szałwi, o właściwościach antybakteryjnych, dzięki czemu przeznaczony jest głównie dla cer w trakcie i po kuracjach przeciwtrądzikowych. Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie się go używało latem, skóra przez cały dzień była w dobrym stanie, nawet jeżeli większą część czasu spędzałam w klimatyzowanym samochodzie. Miałam go ze sobą w czasie wakacyjnych wyjazdów i sprawdził się rewelacyjnie, na pewno będę do niego wracać! 

13. PERFUMY RIHANNA REB'L FLEUR 


Nuty zapachowe:
nuta głowy: brzoskwinia, śliwka, czerwona porzeczka
nuta serca: tuberoza, fiołek, hibiskus, kokos
nuta bazy: paczula, wanilia, bursztyn
Na Reb'l Fleur to mój zapach minionego roku, przypomina najlepsze wspomnienia. Niesamowity słodziak, ale w trochę innym, zdecydowanie bardziej zmysłowym, może lekko orientalnym wydaniu. Zwraca uwagę otoczenia, czaruje, rozgrzewa, nie sposób przejść obok niego obojętnie. Kojarzy mi się z waniliowym olejkiem do ciasta z dodatkiem korzennych przypraw, palonym cukrem, wyraźnie czuć w nim również nuty kokosowo-ananasowe, co trochę przywodzi na myśl upalne wieczory na słonecznej Teneryfie.
Bardzo słodki, bardzo kobiecy i niesamowicie seksowny zapach, który według mnie super sprawdzi się nie tylko zimą, ale również latem. Ma w sobie jakąś taką magię, czar, beztroskę, jest niesamowicie ciepły, a jednocześnie jakby "z pazurem". Bardzo polecam powąchać, mój facet za nim szaleje. :)

14. GLINKA MAROKAŃSKA GHASSOUL ORGANIQUE

To według mnie niezbędnik w kosmetyczce każdej posiadaczki cery problematycznej, z niedoskonałościami. Moje serce skradła totalnie. :) Kombinacja glinki, wody/hydrolatu i kilku kropel serum z kwasem salicylowym, o którym wspominałam Wam wyżej, doskonale oczyszcza skórę. Staram się fundować sobie taką kurację dwa razy w tygodniu, regularność trzyma moją cerę w ryzach. :) Skóra jest przyjemnie gładka, miękka, rozjaśniona i tak czysta, że dosłownie skrzypi! Efekt jest praktycznie natychmiastowy, pory są oczyszczone, cera ukojona, podrażnienia wydają się być złagodzone. Jedyne do czego można się przyczepić to koszmarne zmywanie tego produktu, gąbka Konjac wydaje się być w tej kwestii niezbędna. :P

15. PEELING ENZYMATYCZNY ORGANIQUE 
Mam wrażenie, że trąbie Wam na jego temat przy każdej możliwej okazji. Ale według mnie to peeling idealny (no może pomijając jego zabójczą jak na studencką kieszeń cenę 80 zł...). Jest bardzo delikatny, a jednocześnie robi to co do niego należy. Ładnie odświeża i oczyszcza skórę , rozjaśnia ją, pozwala pozbyć się suchych skórek i widocznie przyspiesza gojenie się niedoskonałości oraz stanów zapalnych. Zawiera w swoim składzie nie tylko ekstrakty roślinne i enzymy, ale także kwasy, więc będzie idealny dla cer trądzikowych. Jestem pewna, że gdy opakowanie dotknie dna, a ja zużyję wszystkie topniejące zapasy, pomimo ceny wrócę do niego ponownie. Bardzo go Wam polecam!

16. PRODUKTY Z BIOCHEMII URODY:
* Serum-olejek regulujący Lemon

Zawiera w swoim składzie olejek z kocanki, olejek tamanu i jojoba, a także wspomniany wcześniej kwas salicylowy. Przepięknie nawilża skórę i naprawdę przyspiesza gojenie się wyprysków. Nie mówiąc już o tym, że genialnie zwęża pory i pozwala pozbyć się zaskórników. Zauważałam, że regularne, cowieczorne stosowanie tego serum wycisza cerę i naprawdę przynosi rezultaty. Byłam nim zachwycona i tylko czekam na okazję, żeby zamówić sobie kolejne opakowanie, to mój bezwzględny KWC. :)

* Olejek myjący z drzewa herbacianego

Potrzebowałam zużyć większą część opakowania, żeby polubić się z tym produktem i przyzwyczaić się do jego konsystencji. Początkowo niesamowicie drażnił mnie zapach tego olejku, bo co tu dużo mówić, olejek zwyczajnie śmierdzi. Z czasem można się jednak do tego zapachu przyzwyczaić, całe szczęście nie utrzymuje się na skórze zbyt długo i właściwie jest wyczuwalny tylko w momencie samej aplikacji. Co z działaniem? Producent obiecuje właściwości antyseptyczne i antybakteryjne, a także łagodzące i przeciwzapalne. Nie zauważyłam poprawy stanu swojej skóry jeśli chodzi o częstotliwość pojawiania się niedoskonałości, być może dlatego przez długi czas nie rozumiałam zachwytu nad tym produktem. Trzeba jednak przyznać, że jest niesamowity jeśli chodzi o samo oczyszczanie: bardzo delikatny, łagodny, a jednocześnie naprawdę skuteczny. Nie przesusza skóry, nie podrażnia jej, nie zapycha. Świetnie sprawdza się zarówno jako wieczorny pogromca makijażu, jak i rano, kiedy chcemy tylko delikatnie oczyścić skórę z pozostałości kosmetyków pielęgnacyjnych. Jest idealny również jeśli chodzi o demakijaż oczu, w mgnieniu oka rozpuści każdy tusz i eyeliner i co ważne- nie daje efektu mgły, którego szczerze nie znoszę. Delikatnością i skutecznością uwiódł mnie do tego stopnia, że zdarzało mi się zdradzać z nim płyn micelarny. Polecam!
17. BIOSIARCZKOWY ŻEL GŁĘBOKO OCZYSZCZAJĄCY DO MYCIA TWARZY BALNEOKOSMETYKI
Gęsty, bardzo dobrze oczyszczający żel do mycia twarzy. Super radzi sobie z demakijażem i daje niesamowite uczucie czystości. Nie przesuszał, nie pozostawiał uczucia ściągnięcia, w dodatku był szalenie wydajny i o dziwo, bardzo przyjemnie pachniał. :) Na plus zaliczam również skład, strasznie miło go wspominam i żałuję że nie jest dostępny stacjonarnie, bo pewnie już używałabym kolejną buteleczkę.

18. PALETKA CIENI INGLOT FREEDOM SYSTEM
Dopadła mnie Inglotomania. :) Uważam, że możliwość skomponowania sobie swojego własnego idealnego zestawu cieni, w dodatku w tak dobrej jakości i przystępnej cenie, to genialna sprawa. Moja paletka liczy pięć cieni, po które sięgam niemal codziennie od lutego zeszłego roku. :) Wszystkie Sleeki i inne cienie poszły w odstawkę! Jeżeli macie ochotę zobaczyć jak wygląda moja paletka, odsyłam Was to tego posta -> KLIK
 19. NABŁYSZCZAJĄCE SERUM DO WŁOSÓW TONNI&GUY 
Przepięknie pachnie, pozostawia włosy błyszczące, jedwabiste w dotyku, sprawia że mniej się plączą, nie puszą się i nie elektryzują, a co najważniejsze- zupełnie ich nie obciąża, z czym bardzo często mam problem używając innych kosmetyków tego typu. Serum jest dość drogie, bo za 30 ml płacimy około 35-40 zł, ale taka pojemność wystarcza naprawdę na całe wieki, więc zdecydowanie warto w nie zainwestować. Dla mnie to numer jeden i jak tylko wykończę to opakowanie, pędzę do Rossmanna po kolejne. 
20. ODŻYWKA DO RZĘS REVITALLASH
Póki co nie wyhodowałam sobie jeszcze z jej pomocą rzęs do nieba, ale muszę Wam powiedzieć, że ten produkt naprawdę działa i bardzo szybko daje zadowalające rezultaty. Moje krótkie, rzadkie i cienkie z natury rzęsy w końcu są widoczne, choć w opakowaniu została mi jeszcze co najmniej połowa produktu. Tak jak obiecywałam, poświęcę tej odżywce oddzielny post, w którym wszystko dokładnie Wam opowiem i oczywiście pokażę, bo chyba o to głównie chodzi. :)

*wszystkie zdjęcia zostały znalezione w grafice Google

Jestem strasznie ciekawa czy wśród moich hitów i odkryć 2014 roku znaleźli się i Wasi ulubieńcy? Jaki produkt zachwycił Was najbardziej w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, co koniecznie powinnam przetestować? 

ZOBACZ TAKŻE: 
http://instagram.com/sonnaillee

12 sty 2015

Nowości z Sheinside.

Jeszcze rok temu, temat robienia zakupów na zagranicznych stronach był dla mnie równie interesujący co sztuki walki czy najnowsze plotki z życia gwiazd. Czyli wcale. A teraz? Siła blogosfery zdecydowanie zrobiła swoje, bo nie dość, że sama coraz częściej łapię się na przeglądaniu asortymentu zza oceanu, to już po raz drugi postanowiłam zgrzeszyć trochę zakupowo i zdecydowałam się na złożenie kolejnego zamówienia.

Kilka dni temu dotarła do mnie moja druga przesyłka w ramach współpracy z Sheinside (KLIK), w której tym razem znalazły się dwie bluzy. Z jednej jestem bardzo zadowolona, co do drugiej mam małe "ale", zresztą wszystko za chwilę Wam opowiem. Zapraszam do czytania!

BLUZA *1*
One size


Zacznę trochę negatywnie, bo choć bluzie nie można odmówić uroku i oryginalności, to jej jakość wykonania pozostawia trochę do życzenia. Za regularną cenę 32$ życzyłabym sobie czegoś lepszego. ;)
Bluza jest wykonana ze śliskiego, przyjemnego w dotyku (niestety sztucznego) materiału, ma piękne kolory, jest wygodna i super układa się na sylwetce, ale warto wspomnieć o tym, że przy ściągaczach wystawały nitki, których musiałam się pozbyć. Na zdjęciach wygląda naprawdę ślicznie, natomiast z bliska małe defekty w szyciu (głównie przy ściągaczach) niestety są widoczne.
Jeśli chodzi o rozmiar, to zgadza się on z wymiarami podanymi na stronie i idealnie na mnie pasuje (mam 155cm wzrostu i zazwyczaj noszę rozmiar XS/S) .


Jestem ciekawa co sądzicie? Mnie się bardzo podoba, będzie super na wiosnę, mam tylko nadzieję, że nie zniszczy się po pierwszym praniu...


BLUZA *2*
Rozmiar S


Biały egzemplarz jest dla odmiany porządnie wykonany i naprawdę nie można mu nic zarzucić. :) Bluza jest świetnej jakości, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że bije na głowę odzież z sieciówek w dwa razy wyższej cenie.
Szaleję ostatnio na punkcie wytłaczanych i pikowanych tkanin, strasznie mi się podobają. Do tego złote zamki i już w ogóle jestem kupiona. :)


Bluzę zamówiłam w rozmiarze S, który i tym razem zgadza się z wymiarami podanymi na stronie. Jestem z niej strasznie zadowolona, jutro chyba w końcu zaliczy swój debiut. :P


Wrzucam Wam zdjęcia, żebyście mogły zobaczyć jak ubrania prezentują się na sylwetce. Sama wiem, że taka forma bywa często pomocna w podjęciu decyzji. :) Wszystkim bliżej zainteresowanym zostawiam również bezpośrednie linki do produktów, pod którymi znajdziecie więcej zdjęć i szczegółowych informacji.

Dzisiejszym kolokwium z TPLa zakończyłam chwilowo maraton kół i przymusowe spanie po cztery godzinę na dobę i do końca tygodnia jestem trochę bardziej czasowa, więc jeśli macie ochotę, z przyjemnością pokażę Wam pozostałe nowości zakupowe, które w ostatnich tygodniach trafiły do mojej szafy. Trwają wyprzedaże, więc dużą część z nich możecie dorwać teraz taniej w sklepach. :) Dajcie znać co myślicie!

Zamierzam nadrobić trochę blogowe zaległości i wpaść tutaj z podsumowaniem grudnia, a także ulubieńcami całego roku, mam nadzieję że będziecie ze mną. :) Tymczasem lecę odsypiać, pierwszy od dawna wieczór bez hektolitrów kawy to moje małe święto. Ściskam! :*


http://instagram.com/sonnaillee
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...