27 mar 2015

Gift of love & Girl on fire

Trochę za dużo, trochę za szybko. Ostatnio mój świat przysłoniła niemała plama zmęczenia i stresu. Zdarzyło mi się zaciskać łzy pod powiekami, kulić się pod kołdrą i kląć jak szewc, a przeładowana głowa z utęsknieniem czekała na piątek i chwilę wytchnienia, by dać w końcu wcisnąć się beztroskim myślom. Upragniony weekend w końcu nadszedł i dziś jest już trochę lepiej, choć nerwy nadal chowają się po kątach. Ale nie narzekam... Z każdym kolejnym dniem jestem o krok dalej i wyżej niż kiedykolwiek w swoim życiu. Małe-wielkie sukcesy sprawiają, że sięgam po więcej, a przez palce przepływa błoga satysfakcja. Marzę tylko o tym, by czas płynął trochę wolniej, a sny były trochę lepsze. I by wiosna w końcu zadomowiła się u nas na dobre. Póki co, przystosowuję się do deszczowej aury i pozawijana w koc, bluzę i herbaciane opary, zapraszam Was na krótką prezentację zawartości pudełek ShinyBox- walentynkowego i marcowego. Jestem ciekawa czy takie dwumiesięczne zestawienie przypadnie Wam do gustu i która wersja boxa spodoba Wam się bardziej. Zapraszam do czytania!

GIFT OF LOVE- ShinyBox luty 2015

  • Żel pod prysznic werbena FM GROUP (produkt pełnowymiarowy 20 zł/250 ml)
  • Drożdżowa maska do włosów Bania Agaffi (produkt pełnowymiarowy 13 zł/300 ml)
  • Krem pod oczy Creme Bare (produkt pełnowymiarowy 69 zł/15 ml)
  • Kolagenowe serum do paznokci Syis (produkt pełnowymiarowy 35 zł/10 ml)
  • Ekspresowa maska sheakerowa Yasumi (produkt pełnowymiarowy 20 zł/zestaw)
  • Mydło naturalne Biały Jeleń (produkt pełnowymiarowy 6zł/85 g)
+ próbki maseł do ciała z nowej serii Farmony 

Walentynkowe pudełko uważałabym za całkiem udane, gdyby nie fakt, że otrzymałam chyba najgorszą z dostępnych wersji tej edycji. Gdybym zamiast żelu pod prysznic Fm Group (w dodatku o zapachu, którego nie lubię) znalazła kosmetyk TBS (żel pod prysznic lub masło) i trafiła na inną wersję shakerowej maseczki (moja zawiera komórki macierzyste i przeznaczona jest do skóry dojrzałej...) pewnie moja opinia byłaby bardziej pochlebna. ;) Tymczasem cieszy mnie jedynie obecność maski drożdżowej i próbki maseł do ciała. Z kremu pod oczy byłam zadowolona do momentu kiedy nie wywołał  on na fanpagu ShinyBox lawiny negatywnych opinii o niesamowitym podrażnianiu okolic oczy. Teraz szczerze powiedziawszy boję się go używać... Jeśli chodzi o serum do paznokci, to nie używam tego typu produktów, jest mi ono zupełnie zbędne. Natomiast mydło Biały Jeleń jest dla mnie totalną klapą...
Podsumowując- trochę mało walentynkowo. Widziałabym tu raczej jakiś balsam do ciała o smakowitym zapachu, nawilżający olejek, maskarę, próbkę perfum czy czerwony lakier do paznokci.

GIRL ON FIRE- ShinyBox marzec 2015 


Pudełko marcowe według mnie również nie powala na kolana... Jego zawartość miała zapewnić nam zmysłowość, energię i pewność siebie. Produkty miały propagować kobiecość i podkreślać naszą zmysłową naturę. Chyba średnio ma się to do rzeczywistości...
  • Czysty olejek z awokado Delawell (produkt pełnowymiarowy 22 zł/30 ml)
  • Biała glinka Mokosh (produkt pełnowymiarowy 23 zł/200 ml)
  • Krem do stylizacji włosów Goldwell (miniaturka, 57 zł/75 ml)
  • Czarna kredka do oczu Etre Belle (produkt pełnowymiarowy 38zł/sztuka)
  • Skarpetki SPA do stóp Świt Pharma (produkt pełnowymiarowy 15 zł/opakowanie) 
+ gratis mydło w kostce Dove

Cieszy mnie obecność skarpetek, lubię dbać o swoje stopy, więc chętnie sprawdzę co to za cudo. Z przyjemnością przetestuję też białą glinkę (moim faworytem w tej kategorii jest Organique) i olejek z awokado. Czarna kredka do oczu zawsze się przyda, natomiast jeśli chodzi o kolejne mydło i krem do stylizacji włosów, to niestety jestem na nie.

A wy co myślicie o dwóch ostatnich edycjach pudełka ShinyBox? Która z nich wypada według Was lepiej? Ja w tym miesiącu muszę stwierdzić, że propozycja konkurencji bardziej przypadła mi do gustu.

Zostawiam Was z tymi pytaniami, a sama lecę na obiad i zabieram się za stertę notatek do uporządkowania, która złowrogo spogląda na mnie z podłogi. Miłego weekendu kochani! Oby do Świąt! :)))


MÓJ INSTAGRAM

http://instagram.com/sonnaillee

18 mar 2015

Gotowa na wiosnę- nowości z Sheinside.

Dziś jest jeden z niewielu wieczorów, gdy złoszczę się sama na siebie, a o moją głowę rozbijają się smętne myśli. Trzymam w ustach słowa, które za nic w świecie nie chcą łączyć się w zdania. Ilekroć kasuję ostatni napisany wers, ogarnia mnie mała frustracja. Oszczędzę więc sobie kolejnych rozczarowań i stawiając rozgoryczoną kropkę, zaproszę Was do obejrzenia nowości z Sheinside, które w zeszłym tygodniu odświeżyły moją wiosenną garderobę. Niech zdjęcia dopowiedzą resztę. Miłego oglądania!

Kurtka skórzana
Rozmiar M 


Długo nosiłam się z zamiarem zakupu czarnej skóry na wiosnę, ale ich ceny w sieciówkach nieustannie przyprawiają o zawrót głowy. Muszę Wam powiedzieć, że kurtka, którą otrzymałam dzięki uprzejmości Sheinside, w niczym nie odbiega od dwa, trzy razy droższych sklepowych odpowiedników. Jest miękka, wygodna, dobrze skrojona i bardzo porządnie wykonana. Jedyne do czego mogę się przyczepić, to duża liczba zamków/suwaków, ale jest to wyłącznie kwestia moich osobistych preferencji i upodobań. Nie jestem też do końca pewna, czy taki motocyklowy fason do mnie pasuje, dajcie znać co myślicie. ;)
Ramoneska, którą posiadam jest w rozmiarze M i pod względem wymiarów zgadza się z tymi podanymi na stronie.
Generalnie rzecz biorąc, bardzo polecam. Jeśli chodzi o jakość wykonania jestem bardzo pozytywnie zaskoczona.

Kliknij aby powiększyć

Szary płaszczyk
Rozmiar S


Zakochałam się w nim odkąd tylko pojawił się na stronie, czegoś takiego bardzo brakowało w mojej szafie. Płaszczyk jest przepiękny i będzie świetnym uzupełnieniem wielu wiosennych i jesiennych stylizacji. Ma bardzo ładny materiał, jest dobrze uszyty i super układa się na sylwetce. Ma idealną długość! Bardzo żałuję, że zdjęcia nie oddają jego uroku, ale niestety mój prywatny fotograf (:*) stracił do mnie cierpliwość i musiałam poradzić sobie sama... :P
Jeśli chodzi o rozmiar, to sugerując się wymiarami na stronie zamówiłam S-kę i pasuje na mnie idealnie. Jest tak ładny, że aż szkoda mi go nosić. ;)

Kliknij aby powiększyć
To co, płaszczyk czy kurtka? Koniecznie dajcie znać co myślicie, chętnie poznam Waszą opinię na temat mojego zamówienia i zakupów na Sheinside czy innych chińskich stronach. Ściskam! :*

PS. Znacie takie miejsce, gdzie zły humor nie ma wstępu? Mam ochotę na spacer, wieczorne lenistwo i herbatę z miodem i cytryną. A farmakognozja czeka...

ZOBACZ TAKŻE:
* Moje pierwsze zamówienie z Sheinside
* Zakupy z Sheinside 

13 mar 2015

Kosmetyczne perełki ostatnich kilku tygodni.

Dziś po raz pierwszy od jakiegoś czasu siadam do komputera na dłużej niż kilkanaście minut. "Dziczeję" internetowo i o dziwo, wyjątkowo dobrze czuję się ze swoją mało wirtualną codziennością. Choć regularność mojej blogowej działalności woła o pomstę do nieba i częściej mnie tutaj nie ma niż jestem, nadal nie wyobrażam sobie zniknąć stąd na dłużej. To miejsce to dla mnie coś więcej niż blog o kosmetykach, traktuję je trochę jak swoją myślodsiewnię, zostawiam tu dużą cząstkę siebie, którą bardzo chcę utrwalić.
Zmieniła się nie tylko częstotliwość z jaką tu bywam. Całe to miejsce ewoluuje razem ze mną. Jedynie kontakt z Wami, odbiorcami, cały czas pozostaje taki sam. To wspaniała współzależność... Wszystkie ciepłe komentarze i listy, które od Was dostałam, napisane pod wpływem chwili lub po kilku dniach wahań (Beata, pozdrawiam! :*), dają mi nie tylko dużo radości, ale też sprawiają, że pomimo tego iż mój organizm wystawia mi naganę za brak snu i odpoczynku, chcę tutaj wracać.

Dzisiaj, z niemałą przyjemnością, zapraszam Was na pogadankę o kosmetykach, po które sięgam wyjątkowo chętnie przez ostatnie tygodnie. Część z nich pojawiła się już w ulubieńcach całego roku, ale to tylko dowód na to, że naprawdę je lubię. Miłego czytania! 


Lotion do rąk z panthenolem i masłem shea Isana- niepozorne opakowanie o pojemności 300 ml mieści w sobie naprawdę niezły kosmetyk o bardzo dobrym składzie, w którym znajdziemy nie tylko wspomniane wcześniej masło shea i pantenol, ale również masło kakaowe i olej z awokado. Produkt nie zregeneruje bardzo suchej i zniszczonej skóry dłoni, ale w przypadku codziennej pielęgnacji tej mniej problematycznej, sprawdza się naprawdę bez zarzutu. Przypomina lekką emulsję, szybko się wchłania, ale pozostawia na skórze delikatny film ochronny, który sprawia, że nie musimy ponawiać aplikacji kremu po kilkunastu minutach. Na plus zaliczam genialne, praktyczne i higieniczne opakowanie z pompką, a także niską cenę i bardzo dobrą wydajność. Mieszka na mojej szafce nocnej już kawał czasu, a końca nadal nie widać. Krem dorwiecie w każdym Rossmannie za mniej niż 7 zł, także jeśli tak jak ja macie bzika na punkcie częstego mycia dłoni i ich nawilżania, bardzo Wam ten produkt polecam. :)

Szarlotkowe masło do ciała Farmona- nie mam problemów z regularnym balsamowaniem się, ale kiedy produkt, którego aktualnie używam pachnie tak, że dosłownie chce się go zjeść, tym bardziej nie trzeba mnie do tego namawiać. ;) Nie będę pisać Wam, że to masło pachnie genialnie. Wystarczy chyba komentarz mojego chłopaka, który za każdym razem kiedy go użyję mówi, że "przyszło ciastko". ;) Wbrew pozorom nie jest to produkt, który poza tym, że zostawia na skórze ładny zapach, nie robi nic. Masło przy regularnym stosowaniu bardzo fajnie dba o moją skórę i pozostawia ją nawilżoną przez cały dzień. Przyjemnie się rozprowadza, nie ma najgorszego składu, a do tego jest niedrogie i każda z nas może sobie taki smakołyk bez kalorii bez problemu pozwolić. Nie wiem jak Wy, ale ja jestem kupiona!

Masło do ciała z olejkiem arganowym The Body Shop- moje pierwsze spotkanie z masłami TBS nie było nazbyt udane. Miałam okazję używać masła grejpfrutowego i wcale nie ukrywam, że zupełnie nie rozumiałam o co tyle hałasu. ;) Muszę jednak przyznać, że masło z olejkiem arganowym bije grejpfrutowego poprzednika na głowę i gdybym miała na zbyciu trochę gotówki, na pewno skusiłabym się na nie ponownie. Jest bardzo gęste i treściwe, ma genialny skład, jeszcze lepszy zapach, a do tego naprawdę bardzo dobrze nawilża. Używam go głównie do pielęgnacji dłoni i stóp przed snem, bo opakowanie jest niewielkie i zwyczajnie mi go szkoda. Nie mniej jednak, jeśli szukacie świetnie nawilżającego mazidła i macie ochotę przeznaczyć na nie trochę więcej pieniędzy, to bardzo Wam ten produkt polecam.


Korzenny płyn do kąpieli Organique- Organique to moje odkrycie ubiegłego roku. Nie trafiłam do tej pory na produkt tej marki, który by się u mnie nie sprawdził. :) Korzenny płyn do kąpieli do jeden z najładniej pachnących kosmetyków jakie miałam okazję używać. Pachnie jak coca-cola z przyprawami, a zapach ten bardzo długo utrzymuje się na skórze. Nie zawiera slsów i parabenów, nie przesusza skóry i nieziemsko poprawia mi humor. To moja mała dawka luksusu i relaksu po ciężkim tygodniu, a przy tym niezły przywoływacz sylwestrowych i około-noworocznych wspomnień.

Perfumy Jimmy Choo- chorowałam na nie jakiś czas temu, po czym narodziła się we mnie chęć posiadania La Vie Est Belle, a Jimmy odeszło trochę w zapomnienie. Mój chłopak stwierdzając jednak że LVEB to "waniliowy shit" (?!) sprezentował mi na święta to cudo i muszę Wam powiedzieć, że od tego czasu używam ich dosłownie codziennie. To zapach słodki, uwodzicielski i prowokujący, ale nie ulepkowaty. Jest bardzo oryginalny i ciężki do opisania. Nie można jednak odmówić mu uroku, bo cudownie rozwija się na skórze. Początkowo promieniuje słodko-kwaśnymi nutami owoców (ja wyraźnie czuję w nim gruszkę i dojrzałe, czerwone pomarańcze) ale z minuty na minutę robi się coraz bardziej drapieżny, ciepły i bliskoskórny. Wszystko za sprawą toffi i paczuli, które stanowią nuty bazy. Mówią, że jest strasznie trwały i intensywny (ja go na sobie nie czuję, ale podobno to znak, że zapach do nas pasuje. ;)), dlatego tym bardziej nie polecam zamawiać go w ciemno, jestem więcej niż pewna że może nie spodobać się każdemu. Jeśli jednak jesteście fankami słodkości w stylu zapachów Lancome czy słynnego (genialnego zresztą) Flowerbomb V&R to koniecznie powąchajcie Jimmy przy najbliższej wizycie w perfumerii.


Odżywka przyspieszająca wzrost rzęs Revitalash- ten produkt rzeczywiście działa! ;) Już po miesiącu codziennego stosowania moje rzęsy stały się dłuższe i gęściejsze, co zresztą mam zamiar pokazać Wam na zdjęciach w oddzielnym poście. Nie uzyskałam efektu wow (bo moje rzęsy z natury są cienkie, rzadkie i ledwo widoczne), ale zdecydowanie jest on zauważalny i zadowalający. Teraz stosuję ją co drugi, trzeci dzień dla podtrzymania efektu. Nie rozgaduję się zbytnio, bo więcej o tym produkcie opowiem Wam w podsumowaniu całej kuracji już niebawem.

Czysta wazelina kosmetyczna Vaselline- nie pomyślałabym, że tak polubię się z tym produktem, ale ostatnio się z nim nie rozstaję. Super sprawdza się nie tylko do pielęgnacji ust, ale również innych przesuszonych partii skóry twarzy i ciała. Warto ją mieć! 

Gąbeczka Konjac- nie wiem jaki cudem nie znalazła się jeszcze w ulubieńcach miesiąca, bo używam jej non stop od połowy wakacji. Poświęciłam jej oddzielny post, dlatego wszystkich zainteresowanych odsyłam TUTAJ.


Maskara Maybelline the Colossal Volum- wróciłam do swojego ulubieńca z okresu liceum i tylko przypomniałam sobie dlaczego tak bardzo lubiłam ten tusz. :) Świetna, duża szczoteczka, która przepięknie pogrubia rzęsy, unosi je u nasady i nadaje im objętości. Tusz utrzymuje się na rzęsach cały dzień, nie kruszy się i nie rozmazuje. Lubię go za to, że ładnie rozczesuje rzęsy, ale jednocześnie nie skleja ich i nie tworzy na nich grudek, nawet kiedy nakładamy drugą czy trzecią warstwę. Przy jednej daje bardzo delikatny efekt, przy trzech wręcz teatralny. Na pewno poświęcę mu oddzielny post, bo ten tusz zdecydowanie zajmuje miejsce na podium w rankingu moich ulubionych maskar. ;)
Bardzo polecam!

Revlon Color Stay #150 Buff (wersja do skóry tłustej) + Rimmell Wake Me Up #100 Ivory- połączenie tych dwóch podkładów daje mi idealny kolor, dobre krycie i świetną trwałość. Taka mieszanka wygląda na twarzy bardzo naturalnie, nie ma mowy o podkreślaniu suchych skórek i efekcie maski, a przy tym trzyma się bardzo dobrze przez cały dzień. Jeśli macie któryś z tych podkładów i z jakiegoś powodu nie lubicie go solo, koniecznie spróbujcie takiego połączenia!

Lakiery Miss Sporty- używam ich zamiennie dosłownie na okrągło, wszystkie inne lakiery odeszły w odstawkę. Śliczne, stonowane kolory (niestety numery całkowicie mi się starły, ale są dostępne w regularnej ofercie i znajdziecie je w Rossmannie), idealne na okres zimowy. Lakiery nie są super trwałe i nie utrzymują się na paznokciach zbyt długo, ale biorąc pod uwagę ich niską cenę i dużą gamę kolorystyczną, jestem na tak. Mają szeroki pędzelek (który ja akurat lubię), a do pełnego krycia potrzebują tylko dwóch warstw. Jedyne co mogę im zarzucić to fakt, że szybko gęstnieją, ale mają nieduże pojemności, więc istnieje szansa, że uda nam się je zużyć, zanim aplikacja stanie się bardziej problematyczna.

Gąbeczka do podkładu Syiss- znalazłam ją jakiś czas temu w ShinyBoxie i odkąd zaczęłam jej używać, mój flat top poszedł w odstawkę. Gąbeczka nie jest niestety dostępna w sprzedaży, a ja nie jestem w stanie porównać jak ma się do oryginalnego Beauty Blendera i jego tańszych odpowiedników, bo to pierwszy tego typu produkt w mojej kosmetyczce, ale muszę Wam powiedzieć, że jestem zachwycona efektem jaki daje. Podkład nakładany tą gąbeczką wygląda dużo naturalniej i paradoksalnie- dużo lepiej się trzyma. Jeśli używałyście gąbeczek innych marek i możecie polecić mi coś w przystępnej cenie, to będę bardzo wdzięczna za Wasze rekomendację, bo moje cudo niestety wieczne nie jest. ;)

I to już wszystko na dziś. Dajcie znać co Was zachwyciło w ostatnich tygodniach i czy wśród moich ulubieńców znaleźli się i Wasi. :) Miłego wieczoru!

MÓJ INSTAGRAM

27 lut 2015

Małe zakupy z Hebe i garść nowości makijażowych.

Wszystko zaczęło się od niewinnego spojrzenia zza szyby na szyld drogerii Hebe, której w Bydgoszczy niestety nie mamy. W trakcie drogi z zakopiańskich Krupówek do miejsca naszego pobytu, moja głowa przeżyła prawdziwe oblężenie planów zakupowych. Przejrzałam gazetkę i oferty promocyjne, pobiłam się trochę z myślami, po czym sprowadzona na ziemię przez swojego chłopaka (który twierdzi, że mamy z moją współlokatorką w domu Rossmanna) zaprzyjaźniłam się z zdrowym rozsądkiem i obiecałam sobie, że wejdę tam TYLKO raz i TYLKO popatrzeć. Obiecanki cacanki. ;) Przyznaję się bez bicia, że trochę mi nie wyszło, ale założę się że większa część z Was zrozumie moją niesłowność. Nie będę ściemniać, że nie mam wyrzutów sumienia, bo gdyby się tak zastanowić i spojrzeć prawdzie w oczy, to z całej gromadki, którą przytargałam ze sobą do pokoju, w gruncie rzeczy potrzebowałam aż... jednego produktu.


A mowa o szczotce Tangle Teezer, którą już kiedyś posiadałam, ale po tym jak włosy zaczęły lecieć mi garściami, a włosomaniactwo całkowicie mi przeszło, oddałam ją siostrze. Teraz znowu zapragnęłam ją mieć. ;) Skusiłam się na wersję Orginal w fioletowo-różowym kolorze. Nie będę się zbytnio rozwodzić na jej temat, bo wieki temu poświeciłam jej oddzielny post na moim blogu, więc wszystkich bliżej zainteresowanych odsyłam TUTAJ. Moja opinia na temat tej szczotki jest cały czas taka sama. Muszę jednak przyznać, że wersja Orginal jest trochę mniejsza i jak dla mnie- wygodniejsza, zdecydowanie lepiej leży w dłoni. Zapłaciłam za nią 34,90 zł.

Do koszyka wrzuciłam również:

- lakier Essence w odcieniu #106 - słodki, cukierkowy róż, którego brakowało w mojej "kolekcji".  Dawno nie używałam lakierów z essence, a swego czasu bardzo je lubiłam, mają fajne kolory i wygodny pędzelek, a do tego są niedrogie. Za swój egzemplarz zapłaciłam mniej niż 6 zł.

- maseczka Strawberry Souffle Montagne Jeunesse (truskawkowa maseczka głęboko oczyszczająca)- od zawsze chciałam spróbować tych maseczek (bardziej za sprawą przyciągających wzrok opakowań aniżeli ich popularności), ale cena (6 zł za opakowanie 15ml), trochę mnie jednak zniechęcała. Wzięłam jedną na próbę, jestem ciekawa jak się sprawdzi. Jestem prawie pewna, że pachnieć będzie genialnie. ;)

- Mleczna maska do włosów z proteinami Kallos - miałam swego czasu wielkie, litrowe opakowanie tej maski i bardzo fajnie mi się sprawdzała, a ostatnio trochę się za nią stęskniłam. Tym razem postawiłam na mniejsze. To jeden z najładniej pachnących kosmetyków, jakie miałam okazję używać. Wierzcie lub nie, ale dosłownie chce się ją zjeść. :)

- Krem do rąk z olejkiem arganowym Hand Sand- był w promocji za niecałe 5 zł, więc się skusiłam. Uwielbiam wszelkiego rodzaju mazidła do ciała, a kremy do rąk dosłownie idą u mnie jak woda, więc się przyda. Jeszcze go nie używałam.

Dwa żele pod prysznic w wielkich, półlitrowych opakowaniach (nie chcę już nawet liczyć ile ich mam w zapasach...):

- Kremowy żel pod prysznic mandarynka&imbir Fresh Juice- szczerze powiedziawszy trochę inaczej wyobrażałam sobie ten zapach i trochę się nim zawiodłam. (cena: 8,99 zł)
- Kremowy żel pod prysznic z olejkiem arganowym Joanna Sensual- tutaj dla odmiany zapach bardzo przyjemnie mnie zaskoczył, jest przepiękny. (cena: 5,99 zł)

Nowe owocowe peelingi z Farmony Let's celebrate

Peelingów mi nie brakuje, ale kupiłam z ciekawości, bo malinowo-jeżynowy peeling z serii Tutti Frutti tej marki (recenzja TU) sprawdzał mi się bardzo dobrze. Jeszcze ich nie używałam, bo cały czas czekają na swoją kolej, ale muszę Wam powiedzieć, że podobnie jak ich poprzednik, zapachy mają obłędne. Z czterech dostępnych wersji skusiłam się na dwie:
- Sunrise (pachnie jak perfumy Beyonce Heat Rush :P)
- Pinacolada (ananas+kokos) 


Na koniec chciałam pokazać Wam jeszcze cztery nowości makijażowe, które kupiłam w ostatnim czasie w Rossmannie. 

- Poczwórne cienie do powiek Eveline #01- cieni do powiek mam pod dostatkiem, a tę mini paletkę kupiłam wyłącznie z myślą o studenckim półmetku i mojej błyszczącej, granatowej sukience. Następnym razem użyję jej może przy okazji jakiegoś wesela. ;) 
W zestawie mamy kolor biały, średnią szarość, błyszczący granat i delikatnie połyskującą czerń. Generalnie nie mam tym cieniom nic do zarzucenia, dobrze się rozcierają i ładnie wyglądały na powiekach przez całą imprezę, ale nie jestem makijażowym frickiem i nie będę sięgać po nie zbyt często. Za paletkę zapłaciłam około 17-18 zł. 

- Krem CC Bourjois w odcieniu #31- chorowałam na niego całe wieki i powiem Wam, że jest naprawdę całkiem fajny. :) Ma bardzo ładny, wpadający w żółć odcień, który teraz jest dla mnie jeszcze trochę za ciemny, ale na lato będzie jak znalazł (póki co mieszam go z Revlonem CS w odcieniu #150 Buff i kolor jest idealny, a przy tym uzyskuję większe krycie i lepszą trwałość). Lubię go, bo daje bardzo naturalny efekt, nie podkreśla suchych skórek i ładnie maskuje wszelkiego rodzaju zaczerwienienia czy drobne niedoskonałości nie tworząc efektu maski. Mógłby być trochę trwalszy, ale dobrze przypudrowany zdecydowanie daje radę. Potrzebowałam takiego produktu i muszę przyznać, że początki naszej znajomości zapowiadają się całkiem obiecująco. :) 

- Żelowy eyeliner Scandaleyes Rimmel- w okresie liceum nie rozstawałam się z czarnym linerem, później przerzuciłam się na kredki, a przez ostatnie półtora roku na czarną kreskę stawiam dosłownie od święta. Studniówka mojej siostry była dobrym pretekstem to uzupełnienia luki w kosmetyczce. Żelowego linera nie używałam całe wieki i jakoś nie mogę się do niego przyzwyczaić. Bardzo odpowiada mi jego konsystencja i trzeba przyznać, że jest szalenie trwały. Na plus zaliczam również dołączony do niego pędzelek, o dziwo jest naprawdę całkiem przyzwoity i fajnie się z nim pracuje. 

- Maskara pogrubiająca i stymulująca wzrost rzęs Wibo- w blogosferze zachwytom nad nią nie ma końca, a ja jakoś nie mogę dołączyć do grona fanek. Zdecydowanie lepiej sprawdzała się u mnie popularna żółta maskara Lovely (recenzja KLIK), ta według mnie jest bardzo, bardzo przeciętna. Może trafiłam na jakiś wadliwy egzemplarz? Średnio się trzyma, lubi się kruszyć i osypywać się w ciągu dnia, ale przede wszystkim mam wrażenie, że nie nie wyciąga z rzęs wszystkiego... Nie wydłuża ich i nie pogrubia tak jak robią to inne tusze. Zużyć zużyję, ale raczej nie skuszę się ponownie.

Miałyście do czynienia z którymś z bohaterów dzisiejszego posta? Lubicie drogerię Hebe? Na co polecacie zwrócić tam uwagę?

Czekam na Wasze komentarze i kończę już zanim wyprodukuję prawdziwego tasiemca. ;) Ściskam ciepło!

PS. Pytałyście co u mnie. Wróciłam z Zakopanego wypoczęta, cała i zdrowa i choć po powrocie zaliczyłam już pierwsze wejściówki, nadal nie mogę odnaleźć się w studenckiej codzienności. Chwilami nadal jestem 500 km stąd, w miejscu gdzie kilka lat temu między moimi stopami, a śniegiem pojawiły się narty. Latem zupełnie nie potrafię się tam odnaleźć, ale zimą nie ma dla mnie piękniejszego miejsca na ziemi. Co jeszcze? Po drodze skończyłam dwadzieścia dwa lata, a dzień moich urodzin, to kolejna dawka niezapomnianych przeżyć. Mam ochotę wykrzyczeć całemu światu jak jest dobrze. A potem powrócić chociaż na chwilę do białych chwil zasypanym po kolana beztroską. Piękny jest luty w tym roku, piękny...

MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/

19 lut 2015

Kosmetyki w podróży- co zabrałam ze sobą w góry?

Dziecięca euforia i radość, chyba tak mogę opisać swoje wrażenia po dwóch dniach Naszych pierwszych od trzech lat ferii spędzanych w górach. Znacie to miejsce gdzie chmury schodzą na ziemię i skrzypiąc dają się ugniatać stopami? To Zakopane.
Tutaj zima nabiera sensu i prawdziwego uroku, a chłodne, miękkie światło zimowych dni jest tutaj najpiękniejsze. Spowalnia wszystko wokół, nawet koszmarny czas sesji (koniec końców zakończonej sukcesem) odchodzi powoli w zapomnienie, a ja mogę pozwolić sobie na wmówienie jeszcze kilku chwil nieświadomości po wyłączeniu dzwoniącego budzika. Tęskniłam za tym okrutnie!
Zresztą, kiedy człowiek przeżywa wyjazd roku, ciężko jest go opisać.  Doborowe towarzystwo, narty, maximum śniegu i dobrego humoru, minimum codzienności. To po prostu nie może się nie udać.

Korzystając z tego, że mój facet nadal przysypia przy Esce, a do wyjścia mamy jeszcze trochę czasu, zapraszam Was na szybki post, w którym pokażę Wam co zabrałam ze sobą na wyjazd. Mam nadzieję, że wypatrzycie dla siebie coś ciekawego, tym bardziej że duża część kosmetyków to moi wielcy ulubieńcy ostatniego miesiąca. :) Zapraszam do czytania!


Żel + balsam pistacja&magnolia Purely Pampering Dove - świetny pielęgnacyjny duet na zimowe wieczory. Połączenie pistacji i magnolii (choć ja wyczuwam tutaj głównie te pierwsze) to mój zapachowy hit ostatnich kilku tygodni- ciepły, otulający i nieziemsko słodki. Jeśli lubicie takie zapachy, to koniecznie zajrzyjcie do drogerii, aktualnie prawie w każdej możecie dostać te produkty w promocyjnych cenach. Myślę, że warto, tym bardziej że pod względem pielęgnacyjnym też nie wypadają najgorzej.

Pianka do golenia Isana (wersja z aloesem)- stały bywalec w mojej kosmetyczce.

Antyperspirant Rexona w kulce  

Masełko z olejem arganowym The Body Shop- zabrałam je ze sobą również na sylwestrowy wyjazd i to właśnie wtedy totalnie się w nim zakochałam. Gdybym miała na zbyciu trochę pieniędzy, na pewno zakupiłabym pełnowymiarowe opakowanie. Dlaczego? Po pierwsze- za genialną, gęstą, treściwą konsystencja. Po drugie- piękny, delikatny zapach. Po trzecie- świetny skład i bardzo, bardzo dobre właściwości nawilżające. Masło z olejkiem arganowym (aktualnie używam go tylko do nawilżania stóp i dłoni, bo mi go szkoda :P) w niczym nie przypomina masła grejpfrutowego z TBS, którego używałam jakiś czas temu i które dla mnie było totalnym bublem- przereklamowane i zupełnie nie warte swojej ceny.

Szampon Ziaja do włosów tłustych- bardzo fajny, miętowy, śmiesznie tani szampon dla przetłuszczającej się skóry głowy. Używam go bez przerwy od kilku ostatnich miesięcy, na wyjazd przelałam go w mniejsze opakowanie.

Balsam do włosów Bania Agafii- mała, poręczna saszetka idealnie sprawdza się w wyjazdowej kosmetyczce. Jeszcze go nie używałam, dopiero dzisiaj zaliczy swój debiut. ;)

Wiśniowy Carmex- lubię i już. :)

Czysta wazelina kosmetyczna Vaseline- nie pomyślałabym, że tak polubię się z tym produktem, ale ostatnio się z nim nie rozstaję. Super sprawdza się nie tylko do pielęgnacji ust, ale również innych przesuszonych partii skóry twarzy i ciała. Warto ją mieć! Jeżeli macie ochotę, zrobię Wam post o tym jakie zastosowania ma czysta wazelina, może okaże się dla Was przydatny?

Próbka kremu pod oczy marki Macrovita

Płyn micelarny BeBeauty- ente opakowanie. :)

Krem nawilżający matujący 25+ Ziaja- wróciłam do niego po krótkiej przerwie i tylko przypomniałam sobie za co go tak bardzo lubię. :) Jeden z moich ulubionych kremów na dzień, bardzo fajnie się sprawdza w przypadku mojej tłustej, skłonnej do trądziku cery.

Krem Effaclar Duo [+] La Roche Posay- zostały mi dosłownie resztki drugiego opakowania, na pewno zaopatrzę się w kolejne, bo ten produkt bardzo poprawił stan mojej skóry. Więcej opowiedziałam Wam o nim w TYM poście.

Puder oczyszczająco-złuszczający Yasumi- zabrałam go ze sobą zamiast zwykłego żelu do mycia twarzy, bo zajmuje bardzo mało miejsca, a jest przy tym szalenie wydajny. Na pewno opowiem Wam o nim więcej w oddzielnym poście, bo jest to dość ciekawy produkt i o ile jestem sceptycznie nastawiona do wszelkich tego typu kosmetycznych wynalazków, to muszę powiedzieć, że ten naprawdę nieźle się sprawdza (o ile lubicie takie bardzo oczyszczające produkty).

Perfumy Jimmy Choo- gwiazdkowy prezent od mojego chłopaka, ostatnio używam ich non stop, bo cholernie mi się podobają. Początkowo są słodko-kwaśne, ale z godziny na godzinę coraz bardziej czuć w nich toffii i paczulę, stają się bardzo tajemnicze, bliskoskórne i seksowne. Zapach jest szalenie oryginalny, ciężki do opisania i zdecydowanie zwraca uwagę otoczenia, ale na pewno nie spodoba się każdemu. Powąchajcie, jest szansa że zakochacie się w nim podobnie jak ja. :)


Róż do policzków Essence #10 Adorable- piękny, cukierkowy odcień na co dzień.

Wypiekane cienie do powiek Isadora #81 Cool Browns- gdybym miała zostawić sobie tylko jedną mini paletkę cieni, to bez wahania wybrałabym tę. Kolory idealne na każdą okazję, a przy tym genialna trwałość i pigmentacja. 

Zestaw do brwi Essence (wersja dla blondynek)- używam non stop od kilku dobrych miesięcy.

CC krem Bourjois w odcieniu #31 Ivory - nowość w mojej kosmetyczce, ale już wiem że się polubimy. Żałuję, że tak długo zwlekałam z jego zakupem!

Gąbeczka do podkładu SYIS- super sprawa, sprawdza się bez zarzutu i ostatnio sięgam po nią dużo chętniej i dużo częściej niż po pędzel.

Maskara Maybelline the Colossal- jeden z moich ulubionych tuszów do rzęs (obok False Lash Wings od L'Oreal i śmiesznie taniej maskary Lovely). Polecam jeśli lubicie duże szczoty. ;)

Korektor Maybelline Affinitone w odcieniu #01 Nude Beige- jest ok, ale nie rozkochał mnie w sobie na tyle, bym pokusiła się o zakup kolejnego opakowania. Trochę denerwuje mnie jego sucha, pudrowa konsystencja i fakt, że lubi przesuszać okolice pod oczami... Duży plus za krycie i trwałość.

Rimmel Apocalips w odcieniu #100 Phenomenon- niesamowicie trwały nudziak na co dzień. Jedyne co mi nie odpowiada to zapach tego produktu, na szczęście jest wyczuwalny tylko w momencie aplikacji.

Żelowy eyeliner Rimmel Scandaleyes- kolejna nowość, dawno nie miałam żelowego linera i jakoś nie mogę się do niego przyzwyczaić. Na pewno za jakiś czas pojawi się osobny post na jego temat, póki co testuję. :)


I to już wszystko....

Dajcie znać czy znacie któryś z pokazanych przeze mnie produktów, jestem ciekawa jakie macie zdanie na ich temat. :) W tym tygodniu możecie spodziewać się jeszcze jednego kosmetycznego posta. Napadłam na Hebe (którego w Bydgoszczy niestety nie mamy) i koniecznie muszę pokazać Wam co przytargałam ze sobą do pokoju. Tymczasem uciekam, szkoda czasu na leżenie w łóżku, gdy przez zasłony wpada tak pięknie słońce. Miłego dnia!

MÓJ INSTAGRAM

http://instagram.com/sonnaillee/
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...