20 gru 2014

Rozterki małe i duże.

Na początku chciałam najmocniej przeprosić Was za błąd, który uniemożliwił Wam zostawianie komentarzy pod ostatnim postem, teraz już wszystko powinno być w porządku! Bardzo się cieszę, że "artykuł" przypadł Wam do gustu i że pomimo moich obaw, spotkał się z Waszym pozytywnym odbiorem. Dziękuję wszystkim, którzy z uwagi na brak możliwości komentowania pokusili się o kontakt mailowy ze mną, obiecuję odpowiedzieć na wszystkie Wasze wiadomości do końca weekendu. :*

 
Od wczoraj jestem już w domu. Z niemałą przyjemnością opuściłam szpitalno-uczelniane mury i w końcu mogę zacząć cieszyć się Świętami. Nie wiecie jak mi tego potrzeba! Moje zmęczenie sięgnęło już zenitu, a dołek w który wpadłam sprawia, że chyba nie wytrzymałabym tam jeszcze jednego dnia dłużej...
Lubię swoje studia, cholernie mnie cieszą i z miesiąca na miesiąc czerpię z nich coraz więcej satysfakcji, ale ostatnio (z chemią leków na czele) naprawdę okropnie dają mi w kość... Listopad i grudzień to dla mnie czas dosłownie (!) wyjęty z życiorysu, a styczeń zapowiada się chyba jeszcze gorzej. W czasie gdy wszyscy myślą o prezentach, piją świąteczne kawy w lokalnych kawiarniach i przystrajają mieszkania na nadejście Świąt, ja zarywam entą noc w miesiącu i nie wynurzam nosa znad książek. I tak dzień w dzień...


Cały czas pytacie mnie, kiedy pojawi się obiecany post o farmacji. Powiem Wam szczerze, że pomijając już brak czasu na jego napisanie, zwyczajnie czekam na odpowiedni moment, w którym nie będę na tyle zmęczona, zła i zdołowana, żeby nie przedstawić Wam wszystkiego w czarnych barwach. Wbrew pozorom to naprawdę piękny kierunek. Być może w Święta, kiedy podładuję odrobinę rozładowane doszczętnie akumulatory, odeśpię, odpocznę i złapię w kieszenie trochę więcej pozytywnego nastawienia, uda mi się odpowiedzieć na najczęściej zadawane przez Was pytania. Bardzo bym chciała!


Jak już tak marudzę, to powiem Wam jeszcze, że mam już serdecznie dość tej całej deszczowej pseudozimy. Czekam na śnieg i mróz, który nastroi do picia grzanego wina i idealnie dopełni stąpający cichutko po domu zapach cynamonowej szarlotki. Po cichu liczę na to, że jeśli nie w Wigilię, to przynajmniej w Sylwestra zima raczy w końcu sypnąć dla nas śniegiem. Szykuje Nam się fajny wyjazd, do pełni szczęścia oprócz śniegu, potrzebuję jeszcze nowych czarnych szpilek. ;) Nie mogę się doczekać!

Sobotni poranek rozpoczynający się ciszą, a nie znienawidzonym przeze mnie dźwiękiem budzika i wizja wieczoru zupełnie odmiennego od tych ostatnich, spędzonych pośród sterty notatek, też napawa mnie optymizmem. Życie na ten właśnie moment ograniczyło swoją zawrotną prędkość. Jest ciepło, czule i bezpiecznie. Tak jak lubię najbardziej.

A co u Was? Jesteście tu jeszcze? Jakie macie plany na Święta?

Ja pomimo kilogramów książek i materiałów, które zwiozłam do domu i z którymi będę musiała się zmierzyć czy mi się to podoba czy nie, zamierzam wykorzystać ten czas w stu procentach i wręcz nacieszyć się nim na zapas. Potrzebuję małej odskoczni od codzienności, która obdziera mnie z niepoważnym przekonań i złośliwie ściąga ku ziemi. Wam też jej życzę! Cieszcie się ciepłą, rodzinną atmosferą, odpoczywajcie, śmiejcie się i jedzcie same pyszności! W święta diety nie istnieją. ;)


PS. Z racji tego, że od dobrego miesiąca prężnie działam na instagramie i jeżeli tylko macie na to ochotę, możecie podglądać tam moją codzienność, zastanawiam się co z serią "miesiąc w zdjęciach". Wiem, że cieszyła się ona dużym zainteresowaniem, zresztą i ja sama strasznie lubiłam pisać dla Was te posty, ale z drugiej strony mam wątpliwości, czy dalej ma ona sens... Stąd moje pytanie do Was, czy nadal macie ochotę by comiesięczna migawka zdjęciowa pojawiała się na blogu? Piszcie śmiało, bardzo chcę poznać Wasze zdanie na ten temat. W końcu ten blog jest dla Was. :)

http://instagram.com/sonnaillee

10 gru 2014

Wypadanie włosów: terapia osoczem bogatopłytkowym.

Zapraszam Was dzisiaj na kolejny post dotyczący tematyki walki z wypadaniem włosów i łysieniem , który tym razem postanowiłam poświecić w całości terapii osoczem bogatopłytkowym, o której wspominałam Wam przy okazji ostatniego wpisu z tej serii (KLIK).
W październiku odbyłam kolejną wizytę u swojego dermatologa w Warszawie, po raz kolejny ustawiono mi leczenie na najbliższe trzy miesiące i jeśli i tym razem nie przyniesie ono oczekiwanych rezultatów, bardzo poważnie rozważę opcję przejścia na dietę bezglutenową i podjęcia się terapii osoczem bogato płytkowym (PRP).


Co to takiego? Terapia osoczem bogatopłytkowym to najnowocześniejszy rodzaj mezoterapii, w którym wykorzystuje się własną krew pacjenta. Po pobraniu próbki krwi (w ilości około 25 ml, co nie stanowi żadnego zagrożenia zdrowia i życia) podlega ona odwirowaniu, w celu  oddzielenia krwinek od osocza i otrzymania zwiększonej koncentracji płytek krwi, będących naturalnym rezerwuarem czynników wzrostowych. Otrzymanym w ten sposób osoczem bogato płytkowym ostrzykuje się skórę głowy pacjenta, ze szczególnym uwzględnieniem obszarów dotkniętych największych przerzedzeniem się włosów. Nie jest to co prawda zabieg bezbolesny, ale na szczęście trwa krótko (około 15-30 minut, w zależności od rozległości zmian i stopnia zaawansowania łysienia). Pierwsze efekty i rezultaty takiej terapii można zauważyć dopiero po około 3-4 miesiącach, czyli dokładnie tyle, ile trwa proces odrostu nowego włosa. Aby były one trwałe, zaleca się wykonanie serii minimum trzech zabiegów, w moim przypadku dermatolog sugeruje, że dwa zabiegi w odstępie półtoramiesięcznym byłyby zupełnie wystarczające. 


Terapia osoczem stymuluje własny potencjał organizmu do odbudowy tkanek, pobudza aktywność mieszków włosowych i indukuje ich komórki macierzyste do przejścia ze stanu uśpienia, do stanu aktywnego, co ma szczególne znaczenie przy łysieniu telogenowym, w którym mamy do czynienia z zaburzonym cyklem włosowym. 
 
Największą zaletą tego rodzaju mezoterapii jest fakt, iż jest ona w stu procentach biokompatybilna z Naszym organizmem i może być stosowana właściwie przy każdym rodzaju łysienia: telogenowym, androgennym, plackowatym, a także łysieniu polekowym i hormonalnym (ciąża, choroby tarczycy, menopauza). Wyjątek stanowi sytuacja, w której doszło już do całkowitego zniszczenia mieszków włosowych. 



Warto wspomnieć o tym, że nie jest to zabieg dla każdego. Istnieje szereg przeciwwskazań, które uniemożliwiają podjęcie terapii osoczem bogatopłytkowym. Wśród najważniejszych wymienia się: choroby autoimmunologiczne, ciążę, karmienie piersią, aktywną infekcję wirusem opryszczki, obecność na skórze głowy ognisk zapalnych, a także stosowanie leków zmniejszających krzepliwość krwi (w tym popularnej aspiryny i innych leków zawierających kwas acetylosalicylowy jako substancję czynną).
Bezpośrednio po zabiegu mogą pojawić się ślady po nakłuwaniu igłą, a także drobne krwiaki, zaczerwienienie i obrzęk.  W celu zmniejszenia ryzyka ich powstawania lekarze zalecają, by na kilka dni przed zabiegiem, rozpocząć przyjmowanie leków z escyną. Osoby mające problem z nawracającą opryszczką powinny także profilaktycznie przyjąć lek przeciwwirusowy (np. acyklowir czy heviran).


Mezoterapia osoczem bogato płytkowym staje się w Polsce coraz bardziej popularna i coraz łatwiej dostępna. Stopniowo zwiększa się liczba ośrodków, w których można poddać się temu zabiegowi. Na tę chwilę, pomocy możemy szukać nie tylko w specjalistycznych klinikach dermatologicznych, ale również gabinetach medycyny estetycznej, które znajdują się w każdym większym mieście. Minusem cały czas pozostaje cena, która oscyluje w górę i w dół, w zależności od położenia gabinetu oferującego mezoterapię i jego renomy: http://www.tourmedica.pl/kliniki/leczenie-wypadania-wlosow-osoczem-bogatoplytkowym-angel-prp-system/ 


Po rozmowie z moim lekarzem i przyjrzeniu się wynikom badań obrazującym skuteczność tego typu zabiegu (m.in. naukowców z Uniwersytetu w Brescii czy Uniwersytetu Hebrajskiego) jestem zdania, że mezoterapia osoczem bogato płytkowym to zdecydowanie metoda, która daje nadzieję i szansę na odzyskanie włosów i uporanie się z problemem łysienia. Trafiłam również na informację, że trwają prace i badania nad stworzeniem preparatu w formie emulsji, zawierającego osocze, który ze względu na formę aplikacji, mógłby być stosowany również przez pacjentów w domu. 

Jestem bardzo ciekawa czy macie jakieś doświadczenie z zabiegiem PRP? Słyszałyście o takiej metodzie walki z łysieniem i wypadaniem włosów? Może znacie kogoś, kto próbował leczenia osoczem bogato płytkowym? Co sądzicie o tej metodzie? Zapraszam do dyskusji w komentarzach!

6 gru 2014

Towar pierwsza klasa!

Mikołajkowe przedpołudnie to idealny moment na to, by pokazać Wam co znalazłam w listopadowym pudełku ShinyBox, które w tym miesiącu, ze względu na wysyłkowe zawirowania, dotarło do mnie później niż zazwyczaj.

Już na wstępie zachwyciła mnie oprawa graficzna. Listopadowy box cieszy oczy połączeniem świeżej mięty i słodkiego różu, moim zdaniem wygląda po prostu przepięknie. :) Pudełko jest efektem współpracy ekipy ShinyBox i sklepu internetowego Pewex, ma być zabawne, sentymentalne i przywrócić wspomnienia sprzed lat. Co znalazłam w środku i jak podoba mi się zawartość? Zapraszam do dalszego czytania!


1) NU pielęgnujący zmywacz do paznokci w chusteczkach (19 zł/opakowanie 10 chusteczek) produkt pełnowymiarowy

Pierwszy tego typu kosmetyk, który dba o zdrowy wygląd paznokci, delikatnie natłuszcza płytkę paznokcia, pozostawiając przy tym przyjemny zapach. Produkt ten pozwala od razu nałożyć nowy lakier.

Chusteczki nailnu są hypoalergiczne, ekologiczne, wygodne i wydajne. Doskonale nadają się do użycia zawsze i wszędzie, z uwagi na wygodną formę podania w pachnącej chusteczce.

Zmywacz w chusteczkach to trochę powtórka z rozrywki biorąc pod uwagę poprzedniego boxa... Początkowo nie byłam zadowolona, ale po pierwszych testach muszę Wam powiedzieć, że te chusteczki są zdecydowanie lepsze niż chusteczki Jelid, które znalazłam w pudełku październikowym. Są większe, bardziej wilgotne, lepiej usuwają lakier i bardzo dobrze natłuszczają płytkę. Zdecydowanie fajny produkt, ale mimo wszystko nie zapłaciłabym za niego 19 zł, wolę śmiesznie tani zmywacz z Rossmanna. ;) 

2) BANIA AGAFFI balsam do włosów (6 zł/100 ml) produkt pełnowymiarowy

Balsam odżywczo regeneracyjny oparty jest na organicznych olejach, bogatych w mikroelementy i witaminy, nadaje się idealnie do intensywnej regeneracji suchych i osłabionych włosów. Nawilża i przywraca włosom naturalną siłę, zdrowy blask i elastyczność.
Olej szarłatu ( amarantu) - zawiera skwalen (naturalna ochrona włosów) , sprzyja nasyceniu komórek tlenem, Olej z nasion żurawiny - intensywnie nawilża włosy.
Organiczne oleje pierwiosnka i żeń-szenia - bogate w mikroelementy i kwasy organiczne, odżywiają skórę głowy.
Olej miodunki plamistej – zawiera flawonoidy, alantoinę i składniki mineralne, sprzyja wzrostowi włosów.
Olej z orzechów cedrowych - zapobiega łamliwości i wypadaniu włosów.
Olej lnu syberyjskiego – bogaty w witaminy E i A, kwasami tłuszczowe Omega-3, intensywnie odżywia i regeneruje uszkodzoną strukturę włosów.

Mieszkam z włosomaniaczką z krwi i kości i chyba udzielił mi się jej entuzjazm po obejrzeniu zawartości pudełka, bo muszę Wam powiedzieć, że cieszy mnie obecność tego produktu. ;) Trafiła mi się wersja odżywczo-regenerująca, jeszcze jej nie używałam, ale na pewno dam Wam znać za jakiś czas jak sprawdza się przy cienkich i rzadkich włosach.


3) ORGANIQUE złoty peeling cukrowy z serii Eternal Gold (68 zł/200 ml) produkt pełnowymiarowy 

Wyjątkowy peeling o perfumowanym zapachu, z kryształkami cukru zatopionymi w olejku sojowym i maśle Shea, które delikatnie masują i złuszczają zrogowaciały naskórek. Po użyciu peelingu skóra odzyskuje blask i promienny wygląd, jest miękka, gładka, pachnąca i delikatnie rozświetlona. Produkt ten pochodzi z ekskluzywnej linii Eternal Gold.

Nawet nie wiecie jak cieszyła mi się buzia na widok tego peelingu. :))) Uwielbiam Organique, nie trafiłam do tej pory na produkt tej marki, który by się u mnie nie sprawdził. Organique, to dla mnie pielęgnacyjna dawka luksusu, idealna opcja na prezent, zdecydowanie jestem na tak!

4) JOKO baza pod cienie (23 zł/5 g) produkt pełnowymiarowy 

Bezparabenowa formuła bazy o neutralnym kolorze i delikatnej, kremowej konsystencji gwarantuje trwałość makijażu oka. Zawiera kompleks witamin A, E i F, oraz naturalny olej z krokosza barwierskiego, które skutecznie wygładzają, przeciwdziałają starzeniu się skóry i wyrównują koloryt. Skóra jest chroniona przed promieniowaniem UV i szybciej się regeneruje. Produkt zapewnia intensywny, głębszy kolor oraz eliminuje efekt zbierania się nadmiaru pigmentów w załamaniach powiek.

Shiny trafiło idealnie, bo właśnie planowałam zakup nowej bazy. Pierwsze wrażenie jest jak najbardziej pozytywne, póki co jestem z niej bardzo zadowolona. 

5) MARIZA peeling do ust (10 zł/10 ml) produkt pełowymiarowy 

Kosmetyk bogaty w odżywcze oleje roślinne peeling, zapewnia ustom miękkość, gładkość i doskonałą ochronę. Peeling do ust delikatnie złuszcza martwy naskórek, pozostawiając usta gładkie i miękkie. 
Składniki aktywne to cukier trzcinowy, olejek ze słodkich migdałów, olejek kokosowy, olejek awokado i witamina E.

Pięknie pachnie i ma bardzo przyjemny skład, ale nie jest to produkt, który koniecznie musiałabym mieć. Fajny pielęgnacyjny dodatek, ale w moim przypadku na pewno nie totalny must have. ;) Cieszę się, że znalazł się w pudełku bo sama prawdopodobnie nigdy bym się na tego typu produkt nie skusiła. Przetestuję i zobaczymy, być może się zakocham. :P 

6) APC cienie do powiek w kulkach (65 zł/5 sztuk) produkt pełnowymiarowy 

Cienie w kuleczkach są atrakcyjną formą cieni do makijażu oczu. Są bardzo łatwe w aplikacji, można je nakładać na powiekę opuszkiem palca, aplika torem lub pędzelkiem. Łatwo się rozprowadzają i dobrze trzymają na powiece. Za ich pomocą w wygodny i łatwy sposób wykonamy całodzienny makijaż oka. Można ich też używać do rozświetlenia części powieki lub kącika oka. Doskonała przyczepność cieni i pozwoli na wykonanie atrakcyjnego całodziennego makijażu nawet bez większej wprawy.

Powiem Wam szczerze, że nie chce mi się wierzyć, że TO COŚ kosztuje tyle kasy. ;) Dla mnie te cienie to totalna porażka, pomijając już koszmarne i totalnie niepraktyczne opakowanie, to cienie mają brzydkie, bardzo perłowe wykończenie, strasznie ciepłe tony i zwyczajnie kiepską jakość (rolują się na każdej bazie). Mnie kojarzą się z kosmetykami ze sklepów typu "wszystko po 5 zł" i uważam, że ich obecność w listopadowym boxie to jakieś nieporozumienie... 


W pudełku znalazłam również prezent ze sklepu internetowego Pewex w postaci lnianej torby na zakupy, która już poszła w ruch i koszulki z nadrukiem, w której zmierzam spać. :P 

Gdyby nie koszmarne cienie do powiek, pudełko uznałabym za bardzo udane, tymczasem oceniam je jako 4/6. A wy co myślicie o zawartości listopadowego boxa? 

OGÓLNA OCENA: 4/6 

Obiecałam sobie, że grudniowej, świątecznej edycji nie będę podglądać na fanpagu Shiny i PIERWSZY raz od kiedy otrzymuję pudełka, otworzę je nie znając zawartości. Trzymajcie kciuki, żeby mi się udało, bo moja ciekawość naprawdę nie zna granic. :P 

Miłego weekendu :*

INSTAGRAM (KLIK)
TWITTER (KLIK

29 lis 2014

Kosmetyczni ulubieńcy miesiąca.

Z tygodnia na tydzień coraz bardziej kurczy mi się przestrzeń czasu wolnego. Zafundowałam sobie i Wam przymusowy odwyk od blogowania i dziś, po zawstydzająco długiej przerwie, zapraszam Was z powrotem do mojego kosmetycznego świata. Mam nadzieję, że jeszcze tu jesteście, bo mam zamiar pokazać Wam kilka pielęgnacyjnych perełek, które sprawdzają się u mnie wyjątkowo dobrze i wiernie służą mi przez ostatnie tygodnie. Dawno nie było takiego postu, po cichu liczę na to, że moja październikowo-listopadowa dawka kosmetycznych ulubieńców przypadnie Wam do gustu. Miłego czytania! :)


Bez zbędnego przedłużania i przynudzania, zaczynamy!

Na początek dwa kosmetyki do włosów, czyli coś, o czym na moim blogu można przeczytać wyjątkowo rzadko:


Jeśli czytacie mnie regularnie to wiecie, że mam duży problem z wypadaniem włosów i przesuszającą się skórą głowy, która ma tendencję do nawracającego łupieżu. Zazwyczaj jestem wierna aptecznym szamponom (szczególnie Pharmaceris) i nie kusi mnie testowanie nowości, ale któregoś razu, nie wiedzieć czemu, skusiłam się na śmiesznie tani, drogeryjny SZAMPON DO WŁOSÓW TŁUSTYCH spod szyldu ZIAJI i przepadłam. Jest genialny!

Przede wszystkim- bardzo dobrze oczyszcza skórę głowy, nie przesuszając jej. Pozostawia włosy miękkie, sypkie i co ważne- nie obciążone (nie znoszę szamponów o kremowej konsystencji, zawsze sięgam po te przezroczyste). W dodatku pięknie pachnie miętą i jest szalenie wydajny. Trochę przypomina mi szampon z Phenome, który swego czasu pojawił się w ShinyBoxie, a jest od niego ponad 10 razy tańszy! Jeśli lubicie szampony Pharmaceris, a szukacie czegoś tańszego, to koniecznie musicie przyjrzeć mu się bliżej. :)

MASKA DO WŁOSÓW WYPADAJĄCYCH marki BIOVAX jest ze mną już od wakacji. Powiem Wam szczerze, że choć nie zauważyłam żadnego wpływu tego produktu na kondycję moich cebulek i zmniejszone wypadanie włosów, to nie potrafię mówić o nim inaczej niż w samych superlatywach. Nie pamiętam po którym kosmetyku moje włosy wyglądały tak dobrze, jak po tej masce! Staram się nakładać ją pod czepek raz w tygodniu (producent zaleca częściej, być może stąd brak u mnie efektów jeśli chodzi o zahamowanie wypadania), włosy po jej użyciu są mega miękkie, błyszczące i cholernie przyjemne w dotyku. Jeśli tak jak ja, macie pięć włosów na krzyż i bardzo często rezygnowałyście z maski, bo bałyście się efektu obciążenia, to spróbujcie tego produktu, jestem pewna, że będziecie zadowolone! Ma bardzo dobre opinie na wizażu, być może przy mniejszych zaburzeniach i bardziej regularnym stosowaniu rzeczywiście powstrzymuje w jakimś stopniu wypadanie włosów.


Jesień to czas, kiedy jeszcze chętniej niż zwykle sięgam po wszelkiego rodzaju nawilżacze do ciała, aktualnie trwa u mnie faza na mleczka. ;)

Namiętnie sięgam po WYGŁADZAJĄCE MLECZKO DO CIAŁA NIVEA, które pewnie u wielu z Was będzie skreślone już na wstępie ze względu na parafiny w składzie, ale tak jak wielokrotnie wspominałam, w produktach do ciała mnie ona nie szkodzi i nie przeszkadza. Uważam, że jeśli coś się sprawdza, to nie ma sensu popadać w paranoje. ;)
Mleczko jest bardzo lekkie, dobrze się rozsmarowuje i błyskawicznie wchłania. W dodatku pięknie pachnie. :) Nie wiem jak Wy, ale ja strasznie lubię zapach kosmetyków Nivea, jest dla mnie taki prosty, nieprzekombinowany i kojarzy mi się z dzieciństwem. Choć produkt nie grzeszy bogatym składem, moja skóra chyba go lubi, po każdej aplikacji wydaje się być nawilżona, gładka, miękka i przyjemna w dotyku.

Bardzo podobnie zachowuje się gdy sięgam po MLECZKO EMOLIENT LINUM od DERMEDIC*. To produkt typowo apteczny, bardzo lekki, ale intensywny nawilżacz, o znacznie lepszym składzie (masło shea, olej arganowy, olej lniany) i co za tym idzie, pewnie lepszych właściwościach pielęgnacyjnych. Mleczko jest bardzo delikatne, lubię używać go szczególnie po depilacji. Poświęciłam mu osobny post, więc jeśli macie ochotę przeczytać na jego temat coś więcej, odsyłam Was TUTAJ. 

Na deser zostawiłam Wam ZMYSŁOWY SOLNY PEELING DO CIAŁA od DELAWELL, który znalazłam w którejś z ubiegłorocznych edycji pudełka ShinyBox. Czekał w szufladzie na swoją kolej, a kiedy wreszcie go wyciągnęłam, po prostu się w nim zakochałam. Po pierwsze- zapach. Jest obłędny. :) Przypomina dobre perfumy i utrzymuję się na skórze jeszcze długo po aplikacji. To bardzo mocny zdzierak, drobinki są ostre (i nie rozpuszczają się pod wpływem wody tak jak w peelingach cukrowych) dlatego nie używam go na uda, na których mam problem z naczynkami. Wszędzie indziej sprawdza się idealnie. :) Pięknie wygładza skórę i świetnie ją nawilża (ma genialny skład, zawiera masło shea, olej jojoba i makadamia), to dla mnie taka dawka luksusu i relaksu po ciężkim tygodniu, strasznie go Wam polecam. Ja posiadam miniaturkę, ale trafiłam na informację, że jest dostępny w Hebe, gdzie pojemność 260 ml kosztuje około 40 zł. Dla mnie to dużo, ale jeśli macie ochotę zrobić komuś (lub sobie :)) kosmetyczny prezent na gwiazdkę, to myślę że warto przyjrzeć mu się bliżej.


Na sam koniec dwa produkty do pielęgnacji twarzy. O jednym z nich już Wam wspominałam, a mowa o SPECJALISTYCZNYM KREMIE POD OCZY I NA POWIEKI z serii TOLERANS od DERMEDIC*. Genialne opakowanie typu airless, które chroni kosmetyk przed dostępem powietrza i drobnoustrojów, mieści w sobie bardzo lekki, ale bardzo dobrze nawilżający krem, który świetnie sprawdza się zarówno na noc jak i na dzień, przed nałożeniem makijażu. Na moim blogu pojawiła się jego oddzielna recenzja, znajdziecie ją TUTAJ.

Krem EFFLACLAR DUO (+) LAROCHE POSAY to z kolei moje odkrycie całego roku. Nie mam pojęcia dlaczego tak długo zwlekałam z jego zakupem. On naprawdę działa, zwalcza trądzik i jest wart każdej złotówki! Wierzcie lub nie, ale moja skóra nigdy wcześniej nie wyglądała tak dobrze! Używam go już trzeci miesiąc (teraz rzadziej, zamiennie z innym produktem, by skóra się do niego zbytnio nie przyzwyczaiła, o którym wspomnę Wam na dniach), po około 6 tygodniach całkowicie pozbyłam się problemu kaszki na czole i grudek w okolicy żuchwy i prawego policzka, z którymi walczyłam długi czas. Całkowicie ominął mnie problem wysypu, o którym często wspominałyście. Zdarzało mu się natomiast podrażniać moją skórę, szczególnie w okolicach nosa, ale też nie zawsze. Nie przestaję się nim zachwycać, teraz wyskakują mi już tylko pojedyncze zmiany, zazwyczaj w okresie przedmiesiączkowym i dniach, kiedy nie dosypiam i cały czas mam jeszcze problem z bliznami i przebarwieniami... Jeśli możecie polecić mi coś, co sobie z tym poradzi, będę wdzięczna za Wasze rekomendacje. :)

Uff i to już wszystko. Miało być krótko, a jak zwykle wyprodukowałam niezłego tasiemca. :) Uciekam na śniadanie, a Wam życzę miłego weekendu i udanej imprezy andrzejkowej! Bawcie się dobrze!

PS. Jeśli macie ochotę podejrzeć trochę mojej codzienności w czasie gdy na blogu cisza, zapraszam Was na MÓJ INSTAGRAM, na którym aktywnie działam od prawie dwóch tygodni (KLIK). 
PS2. Znajdziecie mnie też na twitterze (KLIK). 

14 lis 2014

Październik w zdjęciach. Mój instagram.

Październik rozpieścił nas szeleszczącym szeptem polskiej, złotej i nadzwyczajnie ciepłej jesieni. Gdyby nie różnobarwna kołdra liści, którą przykryły się parkowe alejki i chodniki, można by pomyśleć, że na bydgoskim śródmieściu zasiedziało się lato. Ostatnie tygodnie, stanowiąc totalną przeciwwagę dla wakacyjnej beztroski, którą jeszcze niedawno się rozkoszowałam, nieźle dały mi w kość. Pomimo deficytu energii i braku nadziei na wynurzenie nosa znad książek przed świętami, październik pożegnałam z malinowym uśmiechem, motywacją i garścią ambitnych wyzwań. Dziś jest już trochę gorzej. Optymizm uleciał, zmęczenie bierze górę, a rozgrzebane pomysły leżą w kącie lekko przykurzone, a ja wciąż tylko obiecuję im spojrzeniem, że niedługo się za nie zabiorę. Póki co, przychodzę do Was ze zdjęciową migawką mojej październikowej codzienności. Miłego oglądania!


1) Jesienna wymiana garderoby jestem idealnym pretekstem do zakupu idealnej torebki. Miejski model w rozmiarze XXL dorwałam w Reserved i nie rozstaję się z nim od półtora miesiąca.
2) Babska kolacja w bydgoskim Manekinie, czyli nasz sposób na pozytywne rozpoczęcie tygodnia. Uwielbiam tę knajpę. :)
3) W poniedziałki o dwudziestej, po prawie dwunastu godzinach spędzonych w laboratorium i pracowniach recepturowych, uczelniane mury świecą już pustkami.
4) Syrop prawoślazowy, krople anyżowe i olejek kamforowy mojej roboty. ;)
5) Tonę w receptach...
6) Praca wre... będzie maść!
7) Nie wiem czy już Wam o tym wspominałam, ale ładna bielizna, to zaraz po dobrych perfumach druga rzecz na punkcie której mam prawdziwego świra.
8) Łazienka kosmetycznie pęka w szwach. ;) Dobrały się dwie zakupoholiczki! Nie chcecie wiedzieć jak mieszka reszta naszych zapasów. :P
9) Mieszkam na czwartym piętrze, ale cholernie boję się jeździć windą i zwykle wybieram schody. Czasem, w przypływie odwagi, zdarza mi się jednak do niej wsiąść (choć sekundy zdają mi się wtedy rokiem). Musiałam to uwiecznić. ;)


1) Nadal nie mogę w to uwierzyć, ale na początku października udało mi się zgarnąć główną nagrodę w konkursie Orange Muzyka Tu i Tam i trafił do mnie tablet Sony Experia Z.  :))))
2) Weekendowe perspektywy... Chemia leków, farmakognozja, antybiotykoterapia, leki przeciwnowotworowe...
3) Po raz drugi próbuję zaprzyjaźnić się z piciem wody. Co prawda idzie mi już lepiej niż za pierwszym razem, ale nadal tęsknię za Nestea i wiśniowym Tymbarkiem... Bycie fit chyba nie jest dla mnie.
4) Regularne jedzenie śniadań też szczerze mówiąc wychodzi mi średnio...
5) Moje pierwsze maści do oczu, pochwalę się, a co. :) Nieźle się nad nimi napracowałam!
6) Nowe wieszaki do szafy, spróbujcie tylko powiedzieć, że nie są piękne!
7) Jestem totalną herbaciarą i kubkomaniaczką. Moja kolekcja herbat liczy aktualnie osiemnaście egzemplarzy, a kubkozbiór już dawno przekroczył limit zdrowego rozsądku.
8) OOTD. :)
9) Tęsknię za wakacjami...

Najbliższe dwa tygodnie mam dosłownie wyjęte z życiorysu. Tylko czekam aż mój mózg włączy autoblokadę i przestanie chłonąć wiedzę i materiał, którego ilość z dnia na dzień coraz bardziej mnie przeraża. Zapowiada się na kolejny blogowy przestój, ale jeśli chcecie wiedzieć co u mnie słychać i być na bieżąco z moimi troskami i radościami, to zapraszam Was na mój profil na Instagramie. Tak, w końcu się zdecydowałam. ;) Cały czas stawiam tam jeszcze pierwsze kroki i obserwuję bardzo małą ilość osób, także jeśli macie ochotę, zostawcie mi swój nick w komentarzu. Chętnie podejrzę co u Was ciekawego!
Ściskam ciepło :*

***SONNAILLE NA INSTAGRAMIE***

PS. Zostały nam jeszcze wyniki konkursu! Wybór był ciężki, ale werdykt musiał paść. Mam przyjemność ogłosić, że Cold Krem z serii Angio marki Dermedic leci do CieszmySięZMałychRzeczy. Koniecznie zajrzyj na swoją skrzynkę mailową. :) Gratulacje!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...