20.05.2015

Z miłości do wiosny i zakupów.

Romantyczne koronki, ażurowe wstawki, paski i biel w towarzystwie delikatnych pasteli, to coś za czym wyjątkowo tęsknię przez cały rok. Dziewczęce sukienki, misternie tkane bluzki i cienkie sweterki należą do moich zdecydowanych must havów w kompletowaniu wiosennej garderoby i wiecznie mi ich mało. ;)  Ku niezadowoleniu mojego chłopaka, załączył mi się ostatnimi czasy również zaawansowany butoholizm i gdyby nie to, że jestem przez niego skrupulatnie przywoływana do porządku, pewnie wczoraj wróciłabym do domu z trzecią parą beżowych balerinek... Koniec końców, w ramach nagrody dla samej siebie (za zdany egzamin rzecz jasna), wróciłam bogatsza (jedynie?) o trzy bluzki i jeszcze lepsze samopoczucie. Jeśli jesteście ciekawe jak na przestrzeni ostatnich tygodni odświeżyłam swoją garderobę na sezon wiosenno-letni, to zapraszam do dalszej lektury!

Zacznijmy może od nowości z Sheinside (KLIK), które dotarły do mnie w tym tygodniu. Wybrałam dla siebie pasiastą sukienkę z ciekawym dekoltem na plecach i bluzę w bardzo modnym ostatnimi czasy wzorze. Z obu rzeczy jestem bardzo zadowolona i nie mam żadnych zastrzeżeń jeśli chodzi o ich rozmiar, jakość i wykonanie. Musicie jednak wziąć pod uwagę, że jestem osobą niską (mierzę około 156 cm) i być może dlatego ubrania z chińskiego sklepu idealnie na mnie pasują. Jeśli jesteście wyższe, koniecznie sprawdźcie wymiary na stronie!

BLUZA W LIŚCIE
Rozmiar S


SUKIENKA W PASKI
Rozmiar S

Bardzo podobną sukienkę miałam w liceum, ale niestety bardzo się zniszczyła. Cieszę się, że udało mi się dorwać coś podobnego. :)


Jako, że wiosenne zakupy poczyniłam na przestrzeni ostatnich kilku dobrych tygodni, postanowiłam zrobić wczoraj mało rundkę po sklepach i pokazać Wam tylko to, co cały czas możecie jeszcze dostać.
Pierwsze dwie rzeczy, to prezent od mojego M (:*), na pozostałych ucierpiał już mój portfel. :P

Koszulka 
Medicine 
(swoją drogą bardzo polecam Wam ten sklep, jest mało popularny, a mają naprawdę piękne, proste, a jednocześnie bardzo oryginalne rzeczy) 


Bluzka
New Look


Sweterek
House



Bluzka
Stradivarius


Sukienka
House


Bluza
House 


Bluzka 
Stradivarius 


Koszulka
New Yorker 

(drugie zdjęcie to tył bluzki)


Bluzka
New Yorker

(zdjęcia przekłamują kolor, w rzeczywistości jest ciemno szara)


Co najbardziej przypadło Wam do gustu? Macie ochotę na mini lookbook wiosenny? Chętnie pokazałabym Wam nieco starsze łupy, które nie miały jeszcze swojej premiery na blogu, dajcie znać co myślicie. :)

Czekam na Wasze komentarze i uciekam na farmakognozję. Po powrocie odpowiem na Wasze ewentualne pytania. Miłego dnia! :* 

MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/

19.05.2015

Przemyślenia.

Jest wtorek, parę chwil po tym, jak dzień powoli wkroczył do pokoju. Wczorajszy przymusowy spacer, w drodze powrotnej z praktycznego egzaminu (swoją drogą chyba najważniejszego w mojej "farmaceutycznej karierze") wyssał ze mnie wszystkie siły. Poturbowana brakiem snu, ale z pełną satysfakcją, padłam po powrocie na łóżko. Dziś, z nowymi siłami, odważnymi planami i spokojem w środku, czując ciepły wiatr przelatujący przez labirynt otwartych okien, doszłam do wniosku, że to ten moment. Moment by zacząć.
Zasnęłam z pięknymi zdaniami, które najwyraźniej dobiła senność poranka. Od dobrych kilkunastu minut wpatruję się bowiem w migający na monitorze komputera kursor, a każde kolejne słowo przychodzi coraz trudniej.


Czasami mam ochotę zadrwić sama z siebie. Właśnie za te odważne, wielkie plany, z których tak często po prostu nic nie wychodzi. Tworzę ambitne listy "do zrobienia", w których sprawy przekrzykują się priorytetami, daję z siebie 150% normy i pewnie stawiam kolejne kroki, a cel do którego dążę nadal wydaje się być tylko odległym wyobrażeniem w mojej głowie. Doba wiecznie jest za krótka, a ja, choć kocham to co robię, cieszę się z miejsca w którym jestem i każdego dnia mam ochotę wykrzyczeć całemu światu, że jestem szczęśliwa, chwilami odczuwam życiowy niedosyt, by to szczęście móc przeżyć do samego końca... Wiecie o czym mówię?


Podobnie jest z blogowaniem... Słowa, którymi podzieliłam się z Wami dwa posty temu, idealnie oddają to, co chciałabym Wam przekazać:
Tak jak się obawiałam, (a może bardziej spodziewałam?) proces mojego dziczenia internetowego postępuje. Dni uciekają mi przez palce i chwilami ciężko mi uwierzyć, że od magicznego sylwestra minęły już prawie cztery miesiące. Woda moich blogowych planów pozostała przez ten czas niewzruszona, a mnie coraz bardziej niepokoi i denerwuje ten zastój. Odzywa się we mnie wewnętrzny głos perfekcjonistki, która depcząc mi po piętach uparcie przekonuje, że jak mam robić coś byle jak, to może lepiej nie robić tego wcale? Z drugiej strony nie wyobrażam sobie od tak po prostu zostawić tego miejsca... I pewnie dlatego, pomimo narastającej frustracji i towarzyszącej jej bezsilności, chwytam spróchniałe wiosła moich możliwości i próbuję bywać tutaj jak najczęściej... Z różnym skutkiem.
Zasypujecie mnie pytaniami, kiedy znowu wrócę do regularnego prowadzenia bloga, piszecie, że brakuje Wam moich postów, ale są też tacy, którzy nie kryją swojego rozczarowania i zwyczajnie stąd uciekają. Gdy pytacie czy mi to przeszkadza, odpowiadam że ja bloga nie prowadzę dla statystyk. Nie uległam powszechnie panującej ostatnio modzie, na profesjonalne blogi i blogowanie jako styl życia. Nie zależy mi na tym, żeby mój blog wyglądał i był super profesjonalny, by posty pojawiały się w wyznaczone dni tygodnia, nie chcę spędzać godzin nad aranżacją tła do zdjęć, nie muszę podejmować modnych tematów, widnieć w rankingach i nie boli mnie fakt, że w nich spadam. Jeśli kogoś to kręci, to super. Dla mnie blogowanie w takim wymiarze po prostu traci pewien urok i choć świat idzie do przodu, to ja chyba tęsknię za dawną, prostą blogosferą...


Dla mnie to miejsce jest ucieczką od codzienności. Traktuję je nie tylko jako blog o kosmetykach i innych kobiecych tematach,  ale trochę jak swoją myślodsiewnię, zostawiam tu dużą cząstkę siebie, którą bardzo chcę utrwalić. Podobnie jest z instagramem, który dla wielu z Was jest pewnie kopalnią pięknie wykonanych, inspirujących zdjęć. Mnie pozwala przede wszystkim łapać wyjątkowe, codziennie chwile i jednocześnie dzielić się z Wami swoją nie zawsze kolorową i czasami szalenie nudną rzeczywistością. Magicznym sposobem mogę w parę sekund cofnąć się kilka tygodni wstecz, bo instagram, podobnie jak seria "miesiąc w zdjęciach" (za którą swoją drogą też tęsknię) funduje mi niesamowity spacer po wspomnieniach i swoich emocjach- radości, miłości, wzruszeniach, bliskości... Ale nie każdemu będzie to odpowiadać i nic nie mogę na to poradzić.

Mam trochę naturę szarej myszy, której nie przeszkadza fakt, że gubi się w anonimowym tłumie. Pewnie dlatego zawsze daleko będzie mi do blogerki z prawdziwego zdarzenia. I choć blogowanie to wspaniała współzależność między autorem, a odbiorcami, bez których tworzenie z oczywistych względów nie miałoby sensu, to z czytelnikami jest trochę tak jak z przyjaciółmi... Najbardziej ceni się tych, którzy zawsze są i zawsze wracają. Nawet jeśli przybierają formę tzw "cichych czytaczy" i nigdy się nie ujawniają.


Nie chcę Wam obiecywać, że regularność z jaką się tutaj pojawiam wskoczy w końcu na właściwy tor. Wystarczy, że obiecuję to samej sobie, a potem ląduję twarzą w bezradności. Może pojawię się tu jutro lub pojutrze, może za tydzień, a może dopiero za miesiąc. Nie chcę też za każdym razem za to przepraszać i się z tego tłumaczyć. Chcę byście mieli (bo Panowie też mnie czytają ;P) świadomość, że każdy mniejszy lub większy blogowy zastój, nie oznacza mojej rezygnacji, i że będę bywać tutaj tak często, jak tylko czas, studia i chęci mi na to pozwolą i tak długo, jak długo będę czerpać z tego frajdę i przyjemność. 

Dziękuję wszystkim którzy wytrwali do końca i przebrnęli przez lawinę moich przemyśleń. Ten post wisiał nade mną od jakiegoś czasu i cieszę się, że w końcu zdecydowałam się go napisać. Chciałam w ten sposób zmyć z siebie presję, jaką wiele osób na mnie narzuciło. Pamiętajcie, że ten blog jest dla Was, ale jest również dla mnie. Ma dziesiątki pomysłów na posty, trzymajcie kciuki by w końcu udało, pomału udało mi się je wszystkie zrealizować.
Wyłączam możliwość komentowania, bo tu nie bardzo jest co komentować.
Dziękuję za wszystkie maile i wiadomości, do napisania niebawem! :* 

 MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/

22.04.2015

Kobiece nowości z Sheinside.

W ostatnim poście obiecałam, że pokażę Wam trochę nowości ubraniowych, ale zanim zabiorę się za przegląd szafy i tego co ostatnio kupiłam, muszę zrobić jeszcze małą rundkę po centrum handlowym i zorientować się, jaka część z tych nowości jest jeszcze dostępna w sklepach, bo jak się pewnie domyślacie, wiosenną garderobę uzupełniałam na przestrzeni ostatnich kilku(nastu?) tygodni.
Dzisiaj natomiast, zanim zostanę uwięziona na uczelni do samego wieczora, chciałam pokazać Wam nowości z Sheinside, które tym razem dotarły do mnie wyjątkowo szybko, bo po niecałych dwóch tygodniach od momentu złożenia zamówienia. Dzięki uprzejmości Sheinside, wybrałam sobie kolejną skórzaną kurtkę, tym razem w dużo bardziej kobiecym wydaniu niż poprzednio (KLIK) oraz biały, ażurowy sweterek dla siostry. Zobaczcie same:



Czarno-beżowa kurtka skórzana
Rozmiar S


Jestem nią zachwycona, moim zdaniem jest przepiękna i będzie pasować mi do wielu rzeczy. Wybrałam rozmiar S i pasuje idealnie, zgadza się z wymiarami podanymi na stronie, więc warto zwrócić na nie uwagę. Materiał, który połączono z ekoskórą jest dość cienki, więc póki co jest na nią jeszcze trochę za zimno, ale na późniejszą wiosnę i chłodniejsze, letnie wieczory sprawdzi się idealnie. Już widzę ją z czarnymi rurkami, jasną koronkową bluzką i szpilkami w kolorze nude. :)))



Ażurowy biały sweterek
One size


Wybrała go sobie moja siostra, jest bardzo dobrze wykonany (z tyłu wystaje z niego jedna nitka, ale bez problemu można się jej pozbyć) i według mnie wygląda dużo ładniej niż na zdjęciach na stronie. Ma fajny krój (super do spodni z wysokim stanem i szortów) i przyjemny materiał. Jak zaraz zobaczycie, jest dość krótki i występuje tylko w jednym, "uniwersalnym" rozmiarze, więc koniecznie zwróćcie uwagę na wymiary na stronie, bo dla wielu osób może okazać się za mały!


Koniecznie dajcie znać co myślicie, a ja lecę robić owsiankę i powoli zbieram się na zajęcia. Miłego dnia :*

ZOBACZ TAKŻE:
1) Gotowa na wiosnę- nowości z Sheinside.  
2) Nowości z Sheinside.
3) Pierwsze zamówienie z Sheinside. 

MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/sonnaillee/

19.04.2015

Kosmetyczne radości, czyli zakupowo.

Tak jak się obawiałam, (a może bardziej spodziewałam?) proces mojego dziczenia internetowego postępuje. Dni uciekają mi przez palce i chwilami ciężko mi uwierzyć, że od magicznego sylwestra minęły już prawie cztery miesiące. Woda moich blogowych planów pozostała przez ten czas niewzruszona, a mnie coraz bardziej niepokoi i denerwuje ten zastój. Odzywa się we mnie wewnętrzny głos perfekcjonistki, która depcząc mi po piętach uparcie przekonuje, że jak mam robić coś byle jak, to może lepiej nie robić tego wcale? Z drugiej strony nie wyobrażam sobie od tak po prostu zostawić tego miejsca... I pewnie dlatego, pomimo narastającej frustracji i towarzyszącej jej bezsilności, chwytam spróchniałe wiosła moich możliwości i próbuję bywać tutaj jak najczęściej... Z różnym skutkiem.
Od długiego czasu planuję zmierzyć się z postem, w którym opowiem Wam o tym, jak wyglądało moje ostatnie pół roku i odpowiem na najczęściej zadawane przez Was pytania. W tak zwanym między czasie pojawi się też trochę nowości ubraniowych, a także buble i kosmetyczne rozczarowania ostatnich miesięcy. Nie pozostaje mi nic innego, jak poprosić Was o sporą ilość cierpliwości, a sobie życzyć dłuższej doby (albo lepszej organizacji), a teraz zaprosić Was na post zakupowy, czyli mini przegląd kosmetycznych nowości. Miłego czytania!


Zbierałam się z tym postem jak sójka za morze i połowa rzeczy, które kupiłam już dawno jest zdenkowana, dlatego wrócę do nich przy okazji innego posta. Dzisiaj natomiast trochę o tym, co udało mi się pozbierać z czterech kątów mojego mieszkania, choć to więcej niż pewne, że o czymś zapomniałam. ;)

1) Żel pod prysznic i balsam Dove z serii purely pampering pistacja&magnolia- poprzednie opakowania zabrałam  ze sobą do Zakopanego i zaraz po powrocie kupiłam drugi taki sam zestaw. Zakochałam się w tym zapachu (ciepły, otulający i nieziemsko słodki), a jako że pod względem pielęgnacyjnym też nie wypadają najgorzej, jestem bardzo na tak. :)

2) Nawilżające mleczko do ciała Bielenda acai&avokado- nawilżaczy do ciała u mnie pod dostatkiem, ale przyznaję się bez bicia, skusił mnie zapach, promocja i opakowanie z pompką. Jeszcze go nie używałam, zobaczymy jak się sprawdzi.


3) Odżywczy balsam pod prysznic z olejkiem arganowym Eveline- nie jestem fanką balsamów Nivea, bo oprócz tego, że pięknie pachną, nie robią na mojej skórze dosłownie nic. Konkurencja podobno wypada w tej kwestii dużo lepiej, ale po zaledwie kilku użyciach nie wyrobiłam sobie jeszcze zdania. Na plus za pewno super opakowanie z pompką i bardzo dobry skład.

4) Oliwka babydream fur mama- uwielbiam oliwkę Hipp, ale potrzebowałam małej odmiany, więc skusiłam się na tą. Pięknie pachnie, super nawilża, krótko mówiąc sprawdza się bez zarzutu, więc jeśli lubicie tego typu produktu, to zdecydowanie mogę ją Wam polecić.

5) Serum antycellulitowe Perfecta slim fit- nie mam i nigdy nie miałam problemów z cellulitem, ale jako że moja współlokatorka namiętnie używa tego typu produktów twierdząc, że lepiej zapobiegać niż leczyć, dałam się skusić cenie na do widzenia i wrzuciłam to serum do koszyka. Prawdę mówiąc i tak nie sięgam po nie regularnie...


6) Odżywka regenerująca Nivea intense repair- hit blogosfery, którego wcześniej nie miałam okazji używać. Nie jestem włosowym freakiem, moje włosy (pomijając fakt, że lecą jak szalone) są w bardzo dobrej kondycji i nie wymagają specjalnej pielęgnacji, dlatego też nie wymagam od odżywki zbyt wiele. Ma ładnie pachnieć, nie obciążać włosów i ułatwiać ich rozczesywanie. I ta to wszystko robi, więc jestem zadowolona.

7) Szampon oczyszczający Garnier Ultra Doux cytryna i biała glinka- średnio się z nim polubiłam i raczej do niego nie wrócę, bo pomimo tego, że super oczyszcza skórę głowy i sprawia, że włosy są długo świeże i uniesione u nasady, to koszmarnie je plącze i przesusza. Są takie tępe, matowe i bez wyrazu. Bez odżywki ani rusz...


8) Krem Effaclar Duo (+) La Roche-Posay- krem, który w znacznym stopniu poprawił stan mojej cery, kupiłam już trzecie opakowanie, a to chyba mówi samo za siebie. ;) Więcej opowiedziałam Wam o nim w TYM poście, więc tam odsyłam wszystkich zainteresowanych. Oddzielna recenzja też na pewno z czasem się pojawi.

9) Krem Effaclar K La Roche-Posay- zawiera retinol z kwasami LHA i ma za zadanie zapobiegać nawrotom niedoskonałości. Używam go jako zamiennik Effaclaru Duo, w dni kiedy moja skóra wygląda lepiej i muszę Wam powiedzieć, że cały ten duet sprawdza się u mnie doskonale, cera wygląda po prostu dobrze. Z czasem na pewno opowiem Wam o nim więcej, ale jestem dopiero w połowie pierwszego opakowania, więc to zdecydowanie za krótko na jakąkolwiek recenzję.

10) Płyn micelarny BeBeauty- to już chyba setne opakowanie. ;)

11) Krem nawilżający-matujący 25+ Ziaja- jeden z moich ulubionych kremów na dzień, zużywam, kupuję i tak w kółko. Polecam dla cery problematycznej, idealny pod makijaż. Nie zapycha, nie podrażnia, przyzwoicie nawilża. 

12) Mydło siarkowe antybakteryjne Barwa- moja siostra pozbyła się dzięki temu produktowi całkowicie problemów z trądzikiem, więc próbuję i ja, choć muszę przyznać, że brakuje mi regularności i przekonania, że stosowanie mydła w kostce jest higieniczne... 


13) Krem do rąk Ziaja z proteinami kaszmiru i masłem shea- miałam go już jakiś czas temu i całkiem przyzwoicie sprawdził się jako "krem do torebki", więc przy okazji innych zakupów, wrzuciłam go do koszyka po raz drugi. Zapłaciłam za niego niecałe 3 zł, więc jak za taką cenę jest jak najbardziej w porządku. ;)

14) Lotion do rąk Isana- znalazł się w ulubieńcach ostatnich tygodni, więc jeśli macie ochotę przeczytać na jego temat ciut więcej, odsyłam Was TUTAJ


15) Żel do higieny intymnej Perfecta Femina Balance- jeśli chodzi o produkty do higieny intymnej, to pierwszy raz postawiłam na Perfectę. Do tej pory byłam wierna Ziaji i choć pewnie pozostanę (głównie przez stosunek ceny do jakości i wydajności) to muszę przyznać, że produkt z Perfecty wypada naprawdę bardzo dobrze i nie ma się do czego przyczepić. Jest delikatny, nie podrażnia, ładnie pachnie, a opakowanie z pompką fajnie sprawdza się pod prysznicem. 

16) Żel do golenia Olay Gillette- skusiłam się na niego, bo miał masę pozytywnych opinii w internecie, a moja skóra stała się ostatnio bardzo podatna na podrażnienia, ale muszę Wam powiedzieć, że jak dla mnie to nie różni się on zupełnie od o połowę tańszego żelu do golenia z Isany. Jest fajny, ale nie widzę sensu, żeby przepłacać. ;) 

17) Antyperspirant Rexona- robi to co ma robić i już. Nie jest zbyt wymagająca jeśli chodzi o produkty tego typu, bo wszystkie sprawdzają się u mnie tak samo dobrze.

Chyba dotarłyśmy do końca, więc zamykam laptopa i lecę się pakować, bo lada moment wracam do Bydgoszczy. Miłej niedzieli kochani ;* 

PS. Kupiłyście coś fajnego w ostatnim czasie? :)


MÓJ INSTAGRAM

08.04.2015

Cudowna moc olejków? Vis Plantis.

Święta pozwoliły mi złapać duży oddech po ostatnich pędzących dniach, o których powinnam może napisać w pierwszej kolejności, ale zakładając sobie plan bardziej regularnego blogowania (nawet kosztem jeszcze mniejszej ilości snu), wrócę do nich przy następnej okazji.
Zmęczona i szczęśliwa (z naciskiem na to drugie), zapraszam Was dzisiaj na stricte kosmetyczny post, w którym opowiem Wam o serii trzech olejków Vis Plantis, które zostały wypuszczone na rynek przez markę Green Pharmacy.

Otrzymałam je do przetestowania w ramach uczestnictwa w klubie Elfa Pharm, do którego może dołączyć każda z Was, o ile posiadacie bloga. Jeżeli jesteście zainteresowane, po więcej szczegółów odsyłam Was TUTAJ oraz TUTAJ.

Wracając do samych olejków: w skład serii Vis Plantis wchodzą trzy produkty:
  • olejek arganowy do włosów 
  • olejek różany do twarzy
  • olejek macadamia do ciała 

Opakowania o pojemności 30 ml dotarły do mnie zabezpieczone kartonikami, na których znajdziemy informacje o zastosowaniu i składzie produktów:

OLEJEK MACADAMIA:
Macadamia Ternifolia Seed Oil, Parfum, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Benzyl Salicylate, Hexyl Cinnamal. Hydroxycitronellal, Limonene, Linalool

OLEJEK RÓŻANY:
Macadamia Ternifolia Seed Oil, Rosa Moschata Seed Oil, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid,Citronellol, Geraniol

OLEJEK ARGANOWY:
Argania Spinosa Kernel Oil, Macadamia Ternifolia Seed Oil, Parfum, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid

Zacznijmy od spraw czysto technicznych. ;) Na plus zaliczam opakowanie (zamykane "na klik"), jest praktyczne i wygodne w użytkowaniu. Żałuję natomiast, że olejki dostępne są jedynie w takiej małej pojemności. O ile w przypadku olejku do twarzy czy włosów jest ona jeszcze wystarczająca, to olejek do ciała spokojnie mógłby być dostępny w 100 ml buteleczkach. Nie wiem jak u Was, ale u mnie oliwki/olejki do ciała w okresie zimowym idą dosłownie jak woda...


Z całej trójki najbardziej polubiłam się właśnie z olejkiem macadamia. Strasznie podoba mi się jego zapach i właściwości. Jest lekki, nietłusty i nie brudzi ubrań. Zaaplikowany bezpośrednio po kąpieli, pozostawia skórę wygładzoną, nawilżoną i odżywioną aż do następnego kontaktu z wodą. Pachnie bardzo delikatnie i nienachalnie, jest przyjemny w użytkowaniu, ale niestety szalenie niewydajny. Trzydzieści mililitrów produktu wystarczyło mi na 1,5 tygodnia stosowania co drugi dzień... Biorąc pod uwagę cenę (około 15 zł) nie jest to najlepszy wynik.

Jeśli chodzi o olejek  arganowy, to mam mieszane uczucia. Bardzo podoba mi się efekt jaki daje na włosach (nakładam go na włosy od ucha w dół, na noc, przed porannym myciem włosów)- są miękkie, gładkie i przyjemne w dotyku, ale niestety obciążone, bez względu na to jakiego szamponu użyję do zmycia olejku... Być może wynika to po prostu z faktu, że mam trzy włosy na krzyż, które w dodatku są cienkie i mają tendencję do szybkiego przetłuszczania się? W każdym razie używanie olejku jako serum np na suche końcówki w moim przypadku już totalnie nie wchodzi w grę...
Duży plus za zapach i wydajność, w tym przypadku jest ona zdecydowanie na plus.

Najmniej natomiast spodobał mi się olejek różany. Pomijając już fakt, że nie mogę znieść różanego zapachu, który dla mojego nosa jest wyjątkowo drażniący, to po prostu średnio zauważam dobroczynne działanie tego produktu. Używałam go jako dodatku do maseczek i glinek, zapobiegał ich wysychaniu i sprawia, że w czasie aplikacji nie towarzyszy nam uczucie ściągniętej skóry, ale pod względem działania serum olejkowe z Biochemii Urody czy Starej Mydlarni bije ten produkt na głowę. Olejek różany z założenia ma być prawdziwym panaceum na problemy skóry suchej i wrażliwej. Moja jest tłusta, trądzikowa, podejrzewam że u posiadaczek suchych skórek czy delikatnych podrażnień mógłby sprawdzić się lepiej.
Uprzedzając Wasze pytania, nie zapchał mnie i nie zauważyłam w czasie jego stosowania żadnego wysypu niedoskonałości, ale spektakularnego odżywienia czy poprawy stanu skóry również nie...




Podsumowując- z przyjemnością kupiłabym olejek macadamia w większej pojemności, jeśli chodzi o pozostałe dwa, to raczej nie zostaną ze mną na dłużej.

A jak jest z Wami? Stosujecie olejki w swojej codziennej pielęgnacji twarzy, ciała i włosów? Macie swojego ulubieńca w tej kategorii? Co myślicie o serii Vis Plantis? Skusiłyście się, macie zamiar?

Dobrej nocy :*

MÓJ INSTAGRAM

 Skład: Macadamia Ternifolia Seed Oil, Rosa Moschata Seed Oil, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid,Citronellol, Geraniol
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...