Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

23 sie 2015

Lipcowo-sierpniowi ulubieńcy.

Sierpień co prawda jeszcze się nie skończył, ale jako że moje życie kręci się ostatnio wokół wydarzeń, które dosłownie przeganiają czas, postanowiłam wpaść do Was z tym postem trochę wcześniej niż zamierzałam. Leniwie budząca się do życia kolejna wakacyjna niedziela, to dobry moment, by podzielić się z Wami czterema kosmetycznymi produktami, z którymi wyjątkowo polubiłam się w ostatnich dwóch miesiącach. Zapraszam do czytania!


1) Odżywczo-regenerujący balsam do włosów Bania Agaffi- z rosyjskimi kosmetykami jakoś ciągle jest mi nie po drodze. Już jakiś czas przymierzam się do złożenia większego zamówienia na jednej z oferujących je stron, ale zawsze są ważniejsze wydatki. ;) Obiecałam sobie jednak, że gdy wrócę we wrześniu z wymarzonych wakacji i nie będę zmuszona już oszczędzać (aż do kolejnych :P), w końcu się za to zabiorę. Balsam, który dla mnie spełniał po prostu funkcje odżywki, znalazłam w którymś z pudełek ShinyBox. Muszę Wam powiedzieć, że baaaardzo przypadł do gustu mnie i moim włosom. Odkąd trzy lata temu pożegnałam się z prostownicą i comiesięcznym farbowaniem, moje włosy są w bardzo dobrej kondycji (oczywiście gdyby przymknąć oko na fakt, że wypadają) i nie mają zbyt dużych wymagań. Są miękkie, sypkie i lśniące. Po użyciu tego balsamu wyglądają jeszcze lepiej, są jeszcze przyjemniejsze w dotyku i jeszcze bardziej się błyszczą. Produkt ma super lekką konsystencję i co dla mnie niesamowicie ważne, zupełnie nie obciąża włosów. Nakładam go od ucha w dół i niemal od razu spłukuję, nie ma potrzeby trzymania odżywki nie wiadomo ile, co dla włosowego leniucha, który ogranicza pielęgnację włosów do niezbędnego minimum jest ogromnym plusem. Jeśli już mowa o plusach, to warto wspomnieć też o bardzo wygodnym i praktycznym opakowaniu, które nie dość że super sprawdzi się na wyjazdach, bo praktycznie nie zajmuje miejsca, to jeszcze pozwala wycisnąć produkt tak naprawdę do ostatniej kropli. Saszetka o pojemności 100ml kosztuje około 5-6 zł. Biorąc pod uwagę genialny skład (i super zapach!), to przysłowiowe grosze. :) Spróbujcie koniecznie!

2) Oczyszczający peeling do twarzy z korundem Sylveco- jestem ogromną fanką peelingów enzymatycznych, a moim bezwzględnym numerem jeden jest piekielnie drogi, ale wart każdej złotówki peeling ziołowy Organique. Jako posiadaczka cery problematycznej, ale jednocześnie naczynkowej zawsze stroniłam od peelingów mechanicznych, dlatego z dużą rezerwą podeszłam do produktu marki Sylveco. Muszę jednak przyznać, że to naprawdę dobry produkt. Bardzo dobrze oczyszcza skórę, ale niewielkiej wielkości drobinki korundu sprawiają, że robi to w sposób na tyle delikatny, że zupełnie jej nie podrażnia. Świetnie radzi sobie nie tylko z martwym naskórkiem, ale też z oczyszczaniem porów. Cera po jego użyciu jest widocznie odświeżona. :) Aplikacja jest szybka i bajecznie prosta (kremowa konsystencja sprawia, że produkt nie spływa nam z dłoni i twarzy), a cały zabieg zajmuje mniej niż pięć minut. Na plus zaliczam również przyjemny skład i piękne opakowanie, w których firma Sylveco chyba nie ma sobie równych. :) Jedyne co może przeszkadzać to ziołowy zapach (ja akurat takie lubię, ale wiem że nie wszyscy za nimi przepadają), bo wyraźnie czuć tutaj olejek z drzewa herbacianego i delikatna, jakby olejkowa warstwa, którą pozostawia po sobie peeling już po zmyciu. Nie mniej jednak jeśli lubicie peelingi mechaniczne, albo wręcz przeciwnie, do tej pory nie mogłyście się do nich przekonać to mogę Wam ten produkt śmiało polecić. Odradzam go natomiast jeśli macie problem z wykwitami i ropnymi zmianami na skórze, może wyrządzić więcej złego niż dobrego.


3) Szminka Rimmell Apocalips w odcieniu #100 Phenomenon- sięgałam po nią za każdym razem kiedy nakładałam w ostatnich dwóch miesiącach jakikolwiek makijaż. To idealny, lekko brzoskwiniowy nudziak dla wszystkich bladziochów. Wygląda na ustach super naturalnie, dobrze współgra z każdym makijażem oczu i naprawdę nieźle się trzyma. Co prawda lubi przesuszać usta, ale zwykła wazelina załatwia sprawę. Jeżeli tak jak ja nie lubicie mocnych kolorów na ustach, nawet latem i jeszcze tego produktu nie znacie, to koniecznie przyjrzyjcie mu się bliżej.

4) Maskara VML So Couture L'Oreal- to już moje drugie opakowanie tej maskary. Pierwsze recenzowałam Wam w TYM poście, ale nie byłam nim jakoś szczególnie zachwycona. Na drugie skusiłam się z uwagi na dobrą cenę i stale rosnącą popularność w blogosferze. Z racji tego, że cały czas używam odżywek stymulujących wzrost rzęs i widzę w ich wyglądzie sporą różnicę, postanowiłam dać temu produktowi jeszcze jedną szansę. I nie żałuję! Wydłużenie i pogrubienie, którego brakowało mi poprzednim razem, tym razem bardzo mnie satysfakcjonuje. Doceniłam tę maskarę szczególnie w czasie upałów, bo jest naprawdę bardzo trwała i nie straszna jej żadna temperatura. Jeśli macie krótkie i ledwo widoczne rzęsy, to może Was nie zachwycić, ale jeśli matka natura obdarzyła Was niezłym wachlarzem, to gorąco polecam, bo na pewno będziecie zadowolone. Po więcej szczegółów odsyłam do wyżej wspomnianego posta.

A Was co zachwyciło w ostatnim miesiącu?
Na dziś to już wszystko. Czeka mnie dość intensywny tydzień, więc nie mam pojęcia jak będzie z moją obecnością tutaj, ale na pewno jeszcze odezwę się do Was przed moim wyjazdem. Gdybyście tęsknili, to cały czas działam na instagramie. Ściskam ciepło!
https://instagram.com/soonnaaillee/

3 sie 2015

Kosmetyczne odkrycie roku- Effaclar Duo [+] & Effaclar K

Nieśmiało przymierzam się do kolejnej próby nadrobienia wszystkich blogowych zaległości, które przelane na kartki papieru, zamieszkują w moim kalendarzu razem z innymi (mniej lub bardziej) ambitnymi planami, za których realizację się kiedyś zabiorę (obiecuję :P).
Kiedy w torbie ze zużytymi produktami znalazłam czwarte opakowanie kremu Effaclar Duo [+] marki La Roche Posay, doszłam do wniosku, że to najwyższy czas, żeby w końcu poświęcić mu oddzielny post i opowiedzieć Wam o tym, jak bardzo ten produkt poprawił stan mojej cery i jak strasznie żałuję, że tak późno po niego sięgnęłam. Jeśli zmagacie się z problemem niedoskonałości i z jakiegoś powodu nadal zastanawiacie się nad jego kupnem, to nie mogłyście trafić lepiej! Zapraszam do czytania. :)


Nie mam zamiaru zanudzać Was obietnicami producenta ani kilkunastowersowymi przemyśleniami na temat opakowania, konsystencji, składu czy różnic między starą, a nową wersją, bo o tym zostało powiedziane już chyba wszystko (jeśli czujecie niedosyt, odsyłam Was na wizaż KWC -> TU oraz TU)
Skupię się na informacjach, które dla mnie były najbardziej istotne i najbardziej pożądane zanim zdecydowałam się na kurację produktami LRP.

Swoją przygodę z serią Effaclar zaczęłam w połowie sierpnia zeszłego roku, zaraz po tym gdy w blogosferze pojawiła się fala postów na temat kremu Duo [+], który dziewczyny wychwalały pod niebiosa. To właśnie na niego skusiłam się w pierwszej kolejności.
Nie ukrywam, miałam niemałe obawy, szczególnie dotyczące początkowego wysypu niedoskonałości (będącego normalną reakcją oczyszczającej się skóry), który w moim przypadku absolutnie NIE MIAŁ MIEJSCA. 


Kremu używałam codziennie wieczorem, po demakijażu oraz w dni kiedy nie wychodziłam z domu, nie nakładałam makijażu i nie miałam kontaktu ze słońcem (pamiętajcie o ochronie przeciwsłonecznej stosując produkty z kwasami). Zanim przejdę do plusów, muszę zaznaczyć że przez pierwsze trzy tygodnie stosowania, krem mnie niestety trochę podrażniał, szczególnie w okolicach nosa... Czułam delikatne szczypanie, czasami było ono na tyle uciążliwe, że miałam ochotę zmyć to "cholerstwo" i zwyczajnie dać sobie spokój. Kilka razy właśnie tak się to skończyło. W pozostałych przypadkach szczypanie mijało po kilkunastu minutach, nigdy nie towarzyszyło mu żadne zaczerwienienie ani rumień. Z czasem skóra najwyraźniej przyzwyczaiła się do substancji aktywnych i przestała reagować na nie w ten sposób.

Warto wspomnieć też o tym, że w moim przypadku krem zupełnie nie sprawdził się pod makijaż. Nie znalazłam w swojej kolekcji podkładu ani kremu BB, który dogadałby się z tym produktem. Za każdym razem skóra była przesuszona, a kosmetyk tępo się rozprowadzał i bardzo brzydko wyglądał.

To wszystko jest jednak nieważne biorąc pod uwagę fakt, że ten produkt rzeczywiście działa i bardzo poprawia stan skóry! Ja zauważyłam poprawę już po dwóch tygodniach codziennego stosowania kremu, a po miesiącu praktycznie pozbyłam się wszystkich grudek z okolicy żuchwy, policzków i czoła, z którymi walczyłam długi, długimi czas przy pomocy wszelkiego rodzaju dermokosmetyków marki Pharmaceris, Dermedic i produktów z Biochemii Urody. Nie mogłam napatrzeć się na swoją cerę, serio. :)


Teraz od czasu do czasu coś się tam jeszcze pojawia (choć myślę, że jest to bardziej spowodowane wahaniami hormonalnymi/ stresem/ brakiem snu/ jedzeniem dużej ilości słodyczy), ale Effaclar Duo pozwala mi bardzo szybko się z tym uporać i najzwyczajniej w świecie utrzymuje moją cerę w dobrej kondycji. Wierzcie lub nie, ale nie wyobrażam już sobie codziennej pielęgnacji bez tego produktu i aż boję się pomyśleć co się stanie, gdy moja skóra przyzwyczai się do niego na tyle, że zwyczajnie przestanie on na mnie działać...

Między innymi dlatego wprowadziłam do swojej pielęgnacji drugi produkt: krem Effaclar K, który z kolei ma przeciwdziałać nawrotom niedoskonałości, wyrównywać blizny, likwidować ślady po niedoskonałościach i walczyć z zaskórnikami, z którymi ja osobiście całe szczęście nie mam problemów. Używam go w dni, kiedy moja skóra "ma się lepiej" i co tu dużo mówić, sprawdza się. :)
W moim odczuciu jest delikatniejszy (choć skład na to nie wskazuje), w tym przypadku nie miała miejsca żadna reakcja alergiczna, nie uwrażliwił mojej cery. Lepiej też współgra z makijażem i szybciej się wchłania.


Kiedy sięgnę po niego wieczorem, rano skóra ma ładniejszy koloryt, jest rozjaśniona i jakby "spokojniejsza". Mam wrażenie, że krem reguluje wydzielanie sebum i trzyma moją skórę w ryzach. Nie jest to w mojej ocenie produkt, który pozwoli Wam uporać się z niedoskonałościami (tak jak Effaclar Duo), ale super sprawdzi się w celu podtrzymania dobrego stanu skóry. Dla mnie jest czymś w rodzaju kropki nad "i",  idealnym dopełnieniem kuracji Effaclarem Duo.

Jestem w trakcie drugiego opakowania i póki co nie zauważyłam niestety większej poprawy jeśli chodzi o przebarwienia czy blizny, ale być może to jeszcze za wcześnie. Cały czas mam z tym problem i jeśli Wy znacie coś, co mogłoby się sprawdzić, to będę wdzięczna za Wasze rekomendacje!

Biorąc pod uwagę regularną cenę (studencki budżet i fakt, że oba kremy kończą mi się zazwyczaj w tym samym czasie), kuracja serią Effaclar nie należy do najtańszych, ale myślę, że mimo wszystko warto w nią zainwestować. Oba produkty są bardzo wydajne i przy codziennym stosowaniu wystarczają mi na około trzy miesiące. Bardzo często można je też dorwać w aptekach w ciekawej promocji, więc warto polować. :)

Jestem bardzo ciekawa czy macie jakieś doświadczenie z tymi produktami? Który z nich sprawdził się u Was lepiej? A może macie inny numer jeden w kategorii pogromca trądziku? Czekam na Wasze komentarze!


MÓJ INSTAGRAM

https://instagram.com/soonnaaillee/

8 lis 2014

Pozytywne zaskoczenie- krem pod oczy Tolerans Sensitive Dermedic.

Mój blog powoli zmienia działalność na weekendową, a i z tą, jak widać, bywa ostatnio różnie. Antybiotyki "usadziły" mnie w domu na cały miniony tydzień i nie zapowiada się na to, żebym w najbliższym czasie wytknęła nos znad książek. Nie chcąc dać Wam jednak o sobie zapomnieć, zapraszam Was dzisiaj na obiecaną wcześniej recenzję aptecznego kremu pod oczy, z którym wyjątkowo się polubiłam. Jestem pewna, że spodoba się i Wam! Zapraszam do czytania. :)


Skóra pod oczami jest bardzo cienka i o wiele delikatniejsza niż skóra na reszcie naszej twarzy, dlatego nie powinnyśmy traktować jej po macoszemu. Obalamy mit, że kremu pod oczy powinno zacząć się używać dopiero po 25 roku życia. Bzdura! Im wcześniej zadbamy o odpowiednie nawilżenie i wprowadzimy kremy pod oczy do naszej codziennej pielęgnacji, tym dłużej będziemy cieszyć się brakiem zmarszczek, a nasza skóra będzie promienna, świeża i pełna blasku.


Muszę przyznać, że moja okolica oczu nie jest wyjątkowo wybredna. Do tej pory sięgałam po typowe drogeryjne kosmetyki tego typu, które mieściły się w niskim przedziale cenowym (Ziaja, Floslek, Eva Natura) i skłamałabym gdybym powiedziała, że nie byłam z nich zadowolona. Delikatnie nawilżały skórę, nie podrażniały jej i dobrze sprawdzały się pod makijaż. Kiedy jednak w moje ręce trafił specjalistyczny krem z serii TOLERANS od Dermedic niemal natychmiast zauważyłam różnicę... i efekty!


To jeden z tych produktów, które już po pierwszym użyciu wróżą dobrą znajomość. Krem zamknięty jest w genialnym opakowaniu typu airless, które nie dość że pozwala zużyć produkt do ostatniej kropli, to jeszcze idealnie zabezpiecza go przed kontaktem z powietrzem i drobnoustrojami (po zajęciach z mikrobiologii i recepturze jałowych leków do oczu zaczęłam mieć na tym punkcie obsesję, czytaj zboczenie zawodowe).

Jest lekki, idealnie się rozprowadza ale naprawdę bardzo, bardzo dobrze nawilża skórę. Kiedy nakładam go wieczorem po demakijażu, jeszcze po przebudzeniu czuję że skóra jest nawodniona i nie ma mowy o jakimkolwiek uczuciu ściągnięcia. Wchłania się błyskawicznie, więc super sprawdza się też przy porannej pielęgnacji. Dobrze współpracuje z nałożonym później korektorem czy bazą pod cienie. Nie waży się i nie roluje, co zdarzało mi się przy tańszych, drogeryjnych kremach pod oczy.


Uwielbiam go nie tylko za efekt długotrwały efekt nawilżenia, ale również fakt, że jest naprawdę bardzo delikatny. Nawet kiedy nałożę go niezdarnie, albo zaraz po aplikacji potrę oczy i chcąc nie chcąc dojdzie do kontaktu z oczami czy workiem spojówkowym, nie czuję jakiegokolwiek podrażnienia i szczypania.

Nie wiem jak to opisać, ale w miarę regularnego używania tego kremu, okolica pod oczami wygląda po prostu... lepiej. Jest ukojona, miękka, lekko napięta, rozjaśniona i ładniej wygląda pod makijażem. Czasami pokuszę się o zostawienie kremu na noc w lodówce, wtedy daje jeszcze lepsze wrażenie ukojenia i nawilżenia.


Choćbym chciała, nie mam się do czego przyczepić. Opakowanie o pojemności 15 g kosztuje około 20 zł. W porównaniu do drogeryjnych kosmetyków tego typu to dużo, ale z drugiej strony nie na tyle dużo, by każda z nas nie mogła sobie na niego pozwolić. Jeśli jesteście zainteresowane, znajdziecie go w aptekach.

Znacie ten produkt? Macie swojego ulubieńca w kategorii krem pod oczy, czy nadal szukacie ideału? Sięgacie po drogeryjne czy apteczne kosmetyki? 


Zostawiam Was z przypominajką konkursową, a sama biegnę uskuteczniać małe sobotnie lenistwo. Raz kiedyś można. ;) Miłego weekendu!



4 wrz 2014

Akcja regeneracja! Regenerujący krem do rąk Dermedic.

Jestem maniaczką kremów do rąk i właściwie nie ruszam się bez nich z domu. Krem do rąk to mój torebkowy niezbędnik, bez względu na to gdzie i na jak długo wychodzę, a już szczególnie wtedy, kiedy ruszam na uczelnię i wiem, że większą część czasu spędzę na pracowni lub w laboratorium, w towarzystwie lateksowych rękawiczek i miliona odczynników. Zazwyczaj sięgam po produkty typowo drogeryjne, a przy ich wyborze kieruję się głównie zapachem i atrakcyjną ceną. Ostatnimi czasy miałam okazję przetestować produkt z nieco wyższej, bo aptecznej półki, a mowa o regenerującym kremie do rąk z serii Emolient Linum marki Dermedic*. Jesteście ciekawe jak się u mnie sprawdził? Zapraszam do czytania!


Krem wyprodukowano w warunkach farmaceutycznych. W swoim składzie zawiera m.in olej lniany (bogaty w kwasy tłuszczowe), lanolinę (zabezpiecza przed utratą wody), alantoinę (działanie kojąco-łagodzące) i witaminę E (przeciwutleniacz, witamina młodości). Oryginalne opakowanie kremu to podłużna tubka zamykana "na klik", zawierająca 100g produktu, za którą w regularnej cenie płacimy około 18 zł. Ja do przetestowania otrzymałam trzy miniaturki, nie mam pojęcia czy są one dostępne w sprzedaży, ale w moim przypadku mniejszy gabaryt jest świetnym rozwiązaniem, bo mała tubka nie zajmuje zupełnie miejsca w torebce, dzięki czemu możemy mieć ją zawsze przy sobie.


Teraz trochę o samym kremie. Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie sama konsystencja. Nie wiem dlaczego, ale spodziewałam się żelowej, może nawet lekko wodnej zawartości, tymczasem okazała się być ona gęsta i kremowa, zdecydowanie bardziej treściwa niż przypuszczałam. Jeszcze bardziej zaskoczył mnie fakt, że krem mimo bogatej konsystencji naprawdę błyskawicznie się wchłania... Dosłownie od razu możemy siąść do komputera, czy chwycić po długopis, dłonie nie lepią się do papieru i nie zostawiają śladów, nie ma na nich śladu tłustej, lepkiej warstwy, mam wrażenie, że moja skóra dosłownie "pije" ten krem.


Skóra aplikacji jest gładka, miękka i przyjemna w dotyku, nie ma wrażenia suchości ani potrzeby dokładania kolejnej warstwy kremu. Efekt nawilżenia utrzymuje się jednak jedynie do kolejnego mycia i spotkanie z detergentem, zabezpiecza i otacza ochroną na chwilę, nie jest to krem, który działa "długofalowo". Nie wiem jednak, czy powinnam się czepiać, gdyż sam producent zaleca ponowienie aplikacji po każdym myciu rąk.

Krem określiłabym jako bardzo komfortowy w stosowaniu, będzie świetny na co dzień, do pracy, czy na uczelnię. Daje uczucie nawilżenia i ulgi wysuszonym dłoniom, ale nie daje efektu spektakularnego odżywienia. Jeśli macie bardzo suchą i bardzo problematyczną skórę dłoni, prawdopodobnie sobie nie poradzi. Również na noc, szczególnie zimą, sięgnęłabym po coś tłustszego i bardziej odżywczego.


Plus za delikatny, przyjemny zapach, bardzo typowy dla kosmetyków marki Dermedic. Jest nienachalny, subtelny, nie zwraca uwagi otoczenia, jeśli ich używałyście, na pewno wiecie o czym mówię. :)
Krem jest hypoalergiczny i można go stosować już do 3go roku życia

Podsumowując: przyjemny krem do stosowania na co dzień, polecam osobom, które nie mają dużych problemów ze skórą dłoni, a także czasu by czekać aż krem się wchłonie. 

Są wśród Was maniaczki kremów do rąk? Macie swojego ulubieńca w tej kategorii? :)

* produkt otrzymałam od marki w ramach współpracy. Moja opinia na jego temat jest szczera i całkowicie obiektywna.

23 sie 2014

Wakacyjna kosmetyczka- letni makijaż.

Zgubiłam gdzieś przedwczoraj wenę twórczą, a w końcu bez niej ani rusz. Z jednej strony trochę żałuję, że zaniedbałam archiwa i obiecany post się nie pojawił, z drugiej lubię to, że tu nic nie muszę. Okropna pogoda za oknem też nie sprzyja tworzeniu. Świat rozmazuje się w deszczu już drugi tydzień z rzędu, a ja- rasowy zmarzluch z niedomagającą tarczycą, mam ochotę zaszyć się pod kocem i nie wystawiać z niego nosa dopóki nie zrobi się trochę cieplej.

Na przekór iście jesiennej pogodzie zapraszam Was dzisiaj na ciąg dalszy przeglądu mojej wakacyjnej kosmetyczki. Mam zamiar pokazać Wam jakie kosmetyki kolorowe zabrałam ze sobą na wyjazd, a przy okazji opowiedzieć trochę o tym, jak najczęściej maluję się latem. Mam nadzieję, że post przypadnie Wam do gustu, a może i uda się przywołać nim jakieś resztki lata? :) Zapraszam do czytania!


Skłamałabym mówiąc, że na wakacjach w ogóle się nie maluję. O ile na plażę swój make up ograniczam do tuszu do rzęs, wychodząc wieczorami lubię delikatnie podkreślić oczy i przykryć niedoskonałości. Nie widzę ku temu żadnych przeciwskazań. :)

Zabrałam ze sobą:
  • Paletkę Au Naturel ze Sleeka- głównie ze względu na duże lusterko, ale zdarzyło mi się skorzystać i z samych cieni.
  • Maskarę False Lash Wings od L'Oreal- to jeden z moich ulubionych tuszów do rzęs, opowiadałam Wam o nim w TYM poście. 
  • Czarną, żelową kredkę do oczu Avon SuperShock- bardzo ją lubię, bo jest dobrze napigmentowana i szalenie trwała, ale szczerze powiedziawszy na wyjeździe nie sięgnęłam po nią ani razu. 
  • Turkusową, żelową kredkę do oczu Emily #118 Golden Rose- kupiłam ją chyba dwa lata temu w osiedlowej drogerii za 3-4 zł i używam namiętnie w okresie wakacyjnym. Jest naprawdę bardzo dobra i o dziwo ładnie podkreśla zieloną tęczówkę.
  • Cień w kremie Maybelline Color Tattoo #35 On and On Bronze- cień, który robi cały makijaż dosłownie w sekundę. :) Mój ogromny ulubieniec nie tylko na lato. 
  • Matujący krem BB 8w1 Eveline- kolejny letni ulubieniec, do którego aplikacji nie potrzebujemy nawet pędzla. :) Rozwodziłam się na jego temat w poście z kosmetycznymi rewelacjami lipca i właśnie tam Was odsyłam, jeśli macie ochotę przeczytać na jego temat coś więcej -> KLIK
  • Korektor rozświetlająco-kryjący Art Scenic #04 Light Eveline- bardzo fajny, niedrogi korektor, duży plus za jasny kolor i naprawdę przyzwoite krycie. Ładnie się trzyma, jedyny minus jest taki, że lubi wysuszać okolice pod oczami, więc krem lekki nawilżający pod spód jest jak najbardziej wskazany.
  • Puder ryżowy Mariza- jedyny puder jaki aktualnie posiadam, więc wzięłam i zużywam. Jest w porządku, ale nie powala na kolana, więc raczej nie wrócę do niego ponownie. Nie podoba mi się też jego skład, bo zawiera aż 6 (!) parabenów... 
  • Zestaw do brwi Essence- jaśniejszy cień idealnie mi pasuje, ciemniejszym często rysuję kreskę na powiece, więc duet jak najbardziej się sprawdza. Opakowanie jest jednak okropne i doprowadza mnie do szału ciągłym otwieraniem się i rysowaniem, ale biorąc pod uwagę cenę chyba nie powinnam jakoś bardzo wybrzydzać.
  • Bronzer "czekoladka" #52 Bourjois- ten produkt albo się kocha, albo się nienawidzi, mnie on jak najbardziej odpowiada zarówno pod względem samego koloru, jak i pigmentacji, trwałości. Nie sposób zrobić sobie nim krzywdę, w dodatku ma tak urocze opakowanie i zapach, że dosłownie uwielbiam po niego sięgać.
  • Róż w kremie Maybelline Dream Touch #02- kupiłam go z myślą o lecie i wakacyjnych wyjazdach i jak najbardziej się sprawdza. Ma piękny brzoskwiniowy kolor i delikatnie błyszczące wykończenie, łatwo się aplikuje, bez problemu rozciera, zdecydowanie mogę go Wam polecić, nawet jeśli jesteście posiadaczkami tłustej cery, tak jak ja.
  • Koralowy błyszczyk do ust Eveline Colour Celebrities #591- lubię go za kolor, zapach i to, że właściwie się nie klei. Z jednej strony zupełnie nie rzuca się w oczy, z drugiej bardzo ładnie ożywia twarz, to fajne rozwiązanie dla tych z Was, które nie mogą przekonać się do bardzo odważnych kolorów na ustach.
  • Pomadka ochronna Nivea Vitamin Shake- ładnie nawilża i nadaje ustom delikatnego różowego koloru, bardzo często po nią sięgałam
  • Wiśniowy Carmex- uwielbiam Carmex, chyba nie trzeba dodawać nic więcej. :)

Zabrałam ze sobą jeszcze podstawowe pędzelki, które właściwie w ogóle mi się nie przydały i moje dwa najnowsze lakiery do paznokci z delikatnymi drobinkami, kupione specjalnie z myślą o tym wyjeździe:
  • malinowy: Wibo Celebrity Nails #Sweet Candy
  • koralowy: Wibo Celebrity Nails #My Charming
Muszę przyznać, że na odżywce Eveline trzymały się świetnie przez cały tydzień, więc niepotrzebnie w ogóle je ze sobą zabrałam, nie było sensu niczego poprawiać ani zmywać. Jestem mile zaskoczona serią Celebrity Nails, być może skuszę się jeszcze na jakiś egzemplarz. 


Na dobrą sprawę mogłam ograniczyć się do produktów, które widzicie na zdjęciu powyżej (zapomniałam o cieniu w kremie z Maybelline!), bo to właśnie po nie sięgałam najczęściej i to do nich ograniczał się mój letni, wieczorny makijaż, ale tak to już w moim przypadku jest, że nie mogąc się zdecydować, zabieram więcej niż powinnam. ;)

Dajcie znać czy zabieracie ze sobą jakieś kosmetyki do makijażu na wakacje i co na wyjazdach sprawdza się u Was najlepiej. A może w ogóle się nie malujecie i dajecie swojej skórze zupełnie odpocząć przez te kilka dni? Czekam na Wasze komentarze, a wszystkich, którzy przegapili część pierwszą tego posta, w której pokazywałam Wam kosmetyki pielęgnacyjne, odsyłam do notki poniżej:
Lecę na obiad, miłego weekendu i do napisania w poniedziałek!

20 sie 2014

Wakacyjna kosmetyczka- kosmetyki pielęgnacyjne.

Czyli o tym co zabrałam ze sobą na wakacje. :) Jako, że prosiłyście o taki post, a i mnie wydał się on ciekawy, oto jestem!

Przyznaję się bez bicia, nie jestem osobą która skrupulatnie ogranicza swój wakacyjny kosmetyczny ekwipunek do niezbędnego minimum, albo co gorsza- miniaturek. Zgodzę się, że wyglądają uroczo i całkowicie rozumiem ich sens w przypadku podróżowania samolotem, a także jeśli mowa o takich kosmetykach jak szampon czy odżywka do włosów, po które sięgniemy dwa razy w czasie całego wyjazdu, ale żel pod prysznic czy balsam? Nie wiem jak u Was, ale u mnie na wakacjach idzie to jak woda i zawsze targam ze sobą pełnowymiarowe opakowanie. :) Miniaturki są zresztą drogie i cholernie nieopłacalne, a i wybór wśród nich delikatnie mówiąc- kiepski. Jako, że tym razem ograniczał mnie tylko bagażnik auta, pozwoliłam sobie na małą kosmetyczną rozpustę. Małą, bo według mnie cały czas w granicach zdrowego rozsądku. Zresztą nazwijcie to jak chcecie, ja wychodzę z założenia, że przezorny zawsze ubezpieczony i lubię mieć ze sobą kilka rzeczy na tak zwany wszelki wypadek. :)


KOSMETYKI PIELĘGNACYJNE

Produkty do pielęgnacji ciała: 
  • Żel + oliwka pod prysznic Lirene (oliwka z bawełny) - zakochałam się w zapachu tego produktu, bardzo przypadł mi do gustu. 
  • Wygładzające mleczko do ciała z masłem shea Nivea - bardzo przyjemny balsam, szybko się wchłania, super na lato. 
  • Pianka do golenia ISANA (wersja aloesowa) - mój ulubieniec z tej półki cenowej. :) 
  • Antyperspirant Adidas (wersja soften) - ślicznie pachnie i robi to co ma robić, nie mam co do niego żadnych zastrzeżeń. Kupiłam go na promocji za około 8 zł i jak najbardziej polecam. :) 
  • Krem do stóp ze srebrem Clarena - miniaturka, którą znalazłam w ShinyBoxie. Przyzwoity krem, ale nie zapłaciłabym za niego regularnej ceny. W każdym razie na wyjazd był jak znalazł, plus za to, że jest lekki i bardzo szybko się wchłania. 
  • Wulkaniczny peeling do stóp Perfecta - według mnie ten produkt nie robi nic... równie dobrze mogłabym nie użyć go wcale... Dajcie znać czy znacie ten produkt i jakie Wy macie zdanie na jego temat, jestem bardzo ciekawa. 
Produkty do pielęgnacji twarzy: 
  • Antybakteryjny żel do twarzy Normacne Preventi Dermedic - bardzo fajny produkt zarówno do porannego jak i wieczornego oczyszczania twarzy. Mam go już na wykończeniu i głównie z tego względu pojechał ze mną nad morze. Na blogu pojawiła się jego dokładna recenzja -> KLIK 
  • Krem nawilżająco-kojący SPF 30 (seria T) Pharmaceris - mój aktualny krem na dzień i zarazem wielki ulubieniec, więcej opowiedziałam Wam o nim w poście z ulubieńcami lipca i właśnie tam odsyłam wszystkich bliżej zainteresowanych -> KLIK
  • Alantan Dermoline lekki krem ochronny - niedrogi apteczny produkt o prostym, fajnym składzie. Używam go na noc, krem jest lekki, ale całkiem przyjemnie nawilża skórę, nie zapycha jej i szybko się wchłania. Na pewno poświęcę mu oddzielny post! 
  • Płyn micelarny BeBeauty - przelany w mniejsze opakowanie po micelu Dermedic (do skóry suchej), którego recenzję znajdziecie TUTAJ 
  • Pasta cynkowa - błyskawiczny wysuszacz niedoskonałości ;) 
Produkty do włosów: 
  • Szampon wzmacniający Pharmaceris - przelany w mniejsze opakowanie po świetnym, ale koszmarnie drogim szamponie Phenome, który pachniał jak gumy orbit i bardzo dobrze oczyszczał skórę głowy. 
  • Odżywka Alterra z granatem i aloesem - jedna z moich ulubionych odżywek, głównie dlatego, że nie obciąża moich pięciu włosów na krzyż, polecam jeśli jeszcze jej nie próbowałyście. 
  • Serum nabłyszczające Toni&Guy - zabrałam je ze sobą jako mniejszą gabarytowo alternatywę dla odżywki ułatwiającej rozczesywanie, ale szczerze powiedziawszy nie sięgnęłam po nie na wyjeździe ani razu. ;) 
Produkty do opalania i po opalaniu. 
Te pierwsze dobrze spełniły swoje zadanie, te drugie właściwie w ogóle się nie przydały... 
  • Chłodzące mleczko po opalaniu z wapniem Sopot Sun Ziaja - w zeszłym roku uratowało moją skórę po przedawkowaniu słońce, genialny produkt! 
  • Chłodzący żel po opalaniu z aloesem Sun Ozon 
  • Mleczko do opalania SPF 20 Sun Ozon
  • Krem ochronny do opalania SPF 15 Floslek - moje drugie opakowanie, recenzję znajdziecie w TYM poście. 
Produkty do zadań specjalnych:
  • Woda termalna Uriage - letni niezbędnik i ulubieniec, któremu poświęciłam oddzielny post -> KLIK
  • Krem CC do ciała Bielenda - cudowny produkt, który w pięć minut daje nam efekt piękniejszych nóg. :) Więcej opowiedziałam Wam o nim ostatnio w TYM poście, zapraszam!

Drobiazgi typu waciki, chusteczki, tampony, maszynki itp. 


Jeśli chodzi o perfumy, to zabrałam ze sobą zapach Reb'l Fleur by Rihanna. Nie będę rozwodzić się na jego temat, bo zachwytom chyba nie byłoby końca. Jeśli jednak szukacie czegoś idealnego na letnie (ale nie tylko!) wieczory i lubicie ciepłe, słodkie, zmysłowe zapachy, to musicie przyjrzeć mu się bliżej. Ja go uwielbiam, o czym zresztą przekonacie się czytając post, w którym opowiedziałam Wam o nim ciut więcej -> KLIK.  


Jako, że koszmarnie wolno działający internet nie pozwala mi załadować więcej zdjęć i doprowadza mnie do szału nie zapisując tekstu, na drugą, makijażową część tego posta jestem zmuszona zaprosić Was zatem jutro...

Dajcie znać jakie są Wasze kosmetyczne niezbędniki na wakacyjny wyjazd i jakie macie zdanie na temat miniaturek, często po nie sięgacie? 
Ja pozdrawiam Was ciepło i lecę relaksować się przy kolejnych odcinkach serialu, miłego wieczoru! 

CDN :) 

15 sie 2014

Skóra muśnięta słońcem.

Po krótkiej przerwie, spowodowanej nie czym innym, jak tygodniowym pobytem na Naszym wybrzeżu i chęcią wykorzystania go w stu procentach, jestem wyjątkowo głodna blogowania. ;) Pozostając jeszcze w wakacyjnym nastroju, czując na sobie ciepło i magię Tamtych dni, zapraszam Was na post, który pozwoli mi jeszcze przez chwilę pozostać w temacie wakacji, słońca i pamiątkowej opalenizny, a Wam, mam nadzieję, odkryć kosmetyczne perełki, które towarzyszą mi i dzielnie służą w tegorocznych letnich miesiącach. To już ostatni gwizdek, by się nimi z Wami podzielić, zapraszam do czytania! 


Jeśli tak jak i ja, nie jesteście wielkimi fankami wielogodzinnych kąpieli słonecznych, ale za to lubicie sięgać latem po produkty brązujące, to koniecznie muszę odesłać Was do recenzji samoopalacza Sunbrella marki Dermedic (KLIK), który jest ostatnimi czasy moim numerem jeden w tej kategorii, szczególnie pod względem efektu jaki daje i jego trwałości. Jak na produkt apteczny przystało ma bardzo dobry skład, ale jest też droższy od drogeryjnych kosmetyków tego typu. Jako, że w mojej łazience mieszkają jeszcze trzy produkty mające za zadanie czynić skórę muśniętą słońcem, a Wy wyraziłyście chęć, by przyjrzeć im się bliżej, zapraszam Was na ich mini recenzje. Każdy z nich jest inny, lecz wszystkie mieszczą się w niskim, bardzo przystępnym przedziale cenowym. Jestem pewna, że znajdziecie coś dla siebie!

BALSAM BRĄZUJĄCY SOPOT SPA ZIAJA


Zacznijmy od produktu, z którym znam się najdłużej i do którego wróciłam już po raz któryś z kolei. Używałam go namiętnie jeszcze za czasów starej wersji, w płaskim opakowaniu. :) Lubię go za to, że jest tani i łatwo dostępny, a efekt opalenizny pojawia się już trzy, maksymalnie cztery godziny po aplikacji. Produkt ma lekką konsystencję, łatwo się rozprowadza i dość szybko wchłania, niemal od razu możemy sięgnąć po piżamę. Zdarzyło mi się co prawda narobić sobie tym produktem plam i zacieków, ale jestem więcej niż pewna, że wynikało to raczej z mojego pośpiechu i niedokładnego rozprowadzenia (albo nieodpowiedniego przygotowania skóry- wcześniejszy peeling to podstawa), aniżeli z samych właściwości kosmetyku. Zapach w momencie aplikacji jest przyjemny i dość typowy dla kosmetyków z serii Ziaja Sopot SPA, ale po jakimś czasie staje się coraz bardziej drażniący dla nosa, jak zresztą w przypadku wszystkich samoopalaczy. To w czym ten produkt mimo niżej ceny przegrywa z Sunbrellą to odcień opalenizny. Jest jakby bardziej pomarańczowy i mniej naturalny niż w przypadku wyżej wspomnianego ulubieńca. Biorąc jednak pod uwagę to, że kosztuje mniej niż 10 zł (300 ml), jestem w stanie mu to wybaczyć. ;) Minusem może być też opakowanie. Jest twarde i ciężkie w obsłudze, szczególnie wtedy gdy w środku zostało już niewiele produktu.

Dopóki nie sięgnęłam po samoopalacz marki Dermedic, był moim ulubieńcem, który w miesiącach letnich raz po raz lądował w koszyku. Dziś jest bardziej moją awaryjną alternatywą, wracam do niego zawsze wtedy, gdy nie chcę wydawać zbyt dużo pieniędzy. Jeśli i Wy nie macie dużego budżetu- polecam, u mnie sprawdza się naprawdę całkiem przyzwoicie.

Skład: Aqua (Water), Caprylic/Capric Triglyceride*, Glycerin*, Isopropyl Myristate*, Glyceryl Stearate*, PEG-100 Stearate, Dihydroxyacetone, Cetyl Alcohol*, Dimethicone, Propylene Glycol, Amber (Succinum) Extract, Panthenol, Tocopheryl Acetate, Glycine Soja (Soybean) Oil, Arachis Hypogaea (Peanut) Oil, Juglans Regia (Walnut) Shell Extract, Sodium Acrylate/Sodium Acryloyldimethyl Taurate Copolymer, Isohexadecane, Polysorbate 80, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid*, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben, Benzyl Alcohol*, Parfum (Fragrance).

BALSAM DELIKATNIE BRĄZUJĄCY SUNCARE FLOSLEK


Balsam delikatnie brązujący marki Floslek to z kolei coś dla Tych z Was, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę ze słońcem w tubce. Produkt brązuje i działa bardzo, bardzo delikatnie i do uzyskania efektu skóry muśniętej słońcem potrzebujemy kilku aplikacji. Efekt można stopniować i kontrolować, przy mojej jasnej karnacji zadowalająca opalenizna pojawia się po około dwóch-trzech użyciach, w zależności od tego, na jakim odcieniu akurat mi zależy. Plusem jest niewątpliwie piękny, słodki, waniliowo-czekoladowy zapach, całkowita odmiana od innych produktów tego typu. Co prawda "samoopalaczowy smrodek" wychodzi, ale mam wrażenie, że jest znacznie słabszy i mniej uciążliwy niż w przypadku typowych samoopalaczy. Kosmetyk polecałaby osobom, które mają bardzo jasną karnację i każda dotychczasowa próba aplikacji balsamu brązującego kończyła się zaciekami i nieestetycznymi plamami. Tym produktem chyba nie sposób zrobić sobie krzywdę, działa stopniowo, a efekt jaki daje w niczym nie przypomina marchewkowego, nienaturalnego odcienia, którego tak się boimy. Minusem może być obecność parafiny już na drugim miejscu w składzie. Jeżeli skóra Waszego ciała jej nie toleruje, to odradzam, mnie balsam nie zrobił krzywdy i sprawdza się bez zarzutu. Nie zapchał mnie, nie podrażnił, nawet stosowany bezpośrednio po depilacji. Jest świetny również zimą, kiedy tęsknimy za latem i chcemy tylko delikatnie przybrązowić skórę. Generalnie bardzo polecam, jest niedrogi, miękka tubka o pojemności 200 ml kosztuje około 15 zł.

Skład: Aqua, Paraffinum Liquidum , Ethylhexyl Stearate, Octyldodecanol, Arachidyl Alcohol, Behenyl Alcohol, Arachidyl Glucoside, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Dihydroxyacetone, Butyrospermum Parkii Butter, Dimethicone, Biosaccharide Gum-1, Mentha Piperita Extract, Ceteareth-12, Parfum, Erythrulose, Caramel, Panthenol, DMDM Hydantoin, Iodopropynyl Butylcarbamate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Isobutylparaben, Aloe Barbadensis Leaf Juice, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl Palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, Disodium EDTA

KREM CC 10w1 BIELENDA 




Krem CC do ciała marki Bielenda, to nowość na rynku kosmetycznym, którą ja znalazłam w ShinyBoxie i w której muszę przyznać- zakochałam się od pierwszego użycia. Ten krem to "fluid" do ciała, bardzo ładnie wyrównuje koloryt skóry, nadaje jej lekką opaleniznę i kryje wszystkie drobne niedoskonałości, które chcemy zakamuflować (w moim przypadku popękane naczynka na udach), dzięki czemu skóra wygląda po prostu atrakcyjniej. Krem w opakowaniu ma dość ciemny kolor co początkowo mnie przeraziło, ale uwierzcie na słowo- dopasowuje się nawet do takiej jasnej karnacji jak moja. Stosuję go tylko na nogi, ale myślę że bez zarzutu sprawdziłby się również na ramionach czy plecach. Ma idealną, nietłustą konsystencję, łatwo się go rozprowadza, wchłania się błyskawicznie i przepięknie pachnie. Mnie ten zapach przypomina delikatne, lekko słodkie perfumy i o dziwo dość długo utrzymuje się na ciele. :) 
Krem jest dość trwały, nie spływa z nóg nawet w czasie upału, nie ściera się też nieestetycznie w ciągu dnia. Trzeba jednak uważać, bo może brudzić jasne ubrania, choć nie powoduje jednak trudnych do usunięcia plam. Jedynym minusem, do którego można by się przyczepić są drobinki, widoczne właściwie jedynie w słońcu i sztucznym świetle. Mnie one jakoś bardzo nie przeszkadzają, chyba nawet udało mi się z nimi polubić. Nie są tandetne i w niczym nie przypominają chamskiego brokatu, ładnie odbijają światło dając efekt rozświetlonej skóry. Lubią jednak migrować. ;) Uwaga na torebki, sofy i jasne krzesła. Fajnie byłoby gdyby Bielenda wypuściła wersję bezdrobinkową, mam świadomość, że nie każdej z Was efekt rozświetlenia może odpowiadać. Mnie ten produkt daje kilka godzin piękniejszych nóg i jestem z niego bardzo, bardzo zadowolona. To fajna alternatywa dla droższych i gorzej dostępnych rajstop w kremie, świetny kosmetyk szczególnie na większe wyjścia, jestem pewna, że w przyszłym sezonie zaopatrzę się w niego ponownie. 

Skład: 



Opakowanie o pojemności 175 ml kosztuje trochę ponad 20 zł, ale bardzo często można ten krem dorwać w promocji. :)

Często sięgacie po samoopalacze i produkty brązujące? Używacie ich jedynie latem, czy mieszkają w Waszej łazience przez cały rok? A może jesteście ich zupełnymi przeciwniczkami? Dla mnie to ten rodzaj kosmetyków, które z jednej strony nie są niezbędne, ale z drugiej zwyczajnie fajnie je mieć. Jestem bardzo ciekawa jakie jest Wasze zdanie. :) Dajcie znać, czy zainteresowałam Was którymś z produktów i jakie macie zdanie na ich temat. 

Ściskam :*

ZOBACZ TAKŻE:

1 sie 2014

Podkład Better Skin Maybelline - recenzja.

Maybelline jest zdecydowanie jedną z moich ulubionych marek drogeryjnych, do tej pory nie trafiłam chyba na produkt spod jej skrzydeł, który totalnie by się u mnie nie sprawdził. Uwielbiam ich maskary, bo to właśnie wśród nich znalazłam swojego ulubieńca. Polecam również korektory i kremowe róże do policzków, są idealne na tę porę roku i wakacyjne wyjazdy. Testowałam również kilka podkładów, sprawdzały się lepiej lub gorzej, ale żadnemu z nich nie miałam do zarzucenia aż tyle, co bohaterowi dzisiejszego posta...  Zapraszam Was na recenzję, na celowniku podkład Better Skin Maybelline, który jeśli wierzyć obietnicom producenta, jest pierwszym podkładem poprawiającym kondycję naszej skóry: redukującym nierówności, zaczerwienienia, przebarwienia, szarość cery i nadającym jej nieskazitelnego wyglądu. Znacie go?


Podkład dostępny jest w sześciu odcieniach. Ja, jako rasowy bladzioch, jestem posiadaczką najjaśniejszego z całej gamy tj #005 Light Beige. Niestety, z beżem ma on niewiele wspólnego... Dość mocno wpada w różowe tony, przez co skóra wydaje się być zmęczona, a ja sama po jego aplikacji najzwyczajniej w świecie wyglądam na chorą...

Dalej jest niestety wcale nie lepiej... Z jednej strony podkład jest lekki, z drugiej bardzo ciężko się z nim pracuje. Ciężko nałożyć go w taki sposób, żeby nie narobić sobie nim smug i nieestetycznych zacieków. Brzydko się rozprowadza, nie chce stopić się z cerą, bez względu na to jaki krem nałożymy pod spód i czego użyjemy do samej aplikacji. Nie potrafię poradzić sobie z nim ani pędzlem, ani gąbeczką, ani palcami, za każdym razem coś jest nie tak. Nie pamiętam kiedy ostatni raz miałam taki problematyczny fluid...


Minusem jest też jego trwałość. Mimo, że podkład daje pudrowe, raczej suche wykończenie, moja tłusta cera bardzo szybko zaczyna się po nim świecić, a przypudrowanie go w ciągu dnia daje niepożądany efekt maski. Podkład lubi podkreślać suche skórki i wszystkie niedoskonałości cery- podbija zaczerwienienia, potrafi wchodzić w drobne zmarszczki.

Jego krycie określiłabym jako średnie. Myślę, że gdyby się tak nie mazał i choć trochę lepiej stapiał z cerą, spokojnie można byłoby je budować. Dla osób bez większych problemów skórnych powinno być one wystarczające. W przypadku dużej liczby niedoskonałości i przebarwień konieczny będzie korektor.


Na plus zaliczam wygodne, szklane opakowanie z pompką, które pozwala nam kontrolować ilość produktu jaka została w środku i całkiem wysoki SPF (20).
Podkład nie zapchał mnie ani nie podrażnił, nie jest też szalenie drogi, w Rossmannie można dorwać go za niecałe 40 zł, zresztą bardzo często bywa w promocji.

Jeśli chodzi o deklarowaną przez producenta poprawę wyglądu skóry w trzy tygodnie... oczywiście jej nie zauważyłam. Ale spójrzmy na to z przymrużeniem oka... ;)


Podsumowując, podkład Better Skin niestety nie przypadł mi gustu, to chyba pierwszy kosmetyk Maybelline, na którym się tak zawiodłam. Nie odpowiada mi przede wszystkim trudna aplikacja tego produktu, jego różowy odcień i kiepska trwałość. Nie polecam go posiadaczkom cery tłustej i mieszanej, zwyczajnie się u Was nie utrzyma. Myślę, że osoby z suchą skórą też nie będą z niego zadowolone, głównie za sprawą pudrowego wykończenia i tendencji do podkreślania suchych skórek.
Żałuję, że się u mnie nie sprawdził, w sieci zbiera wcale nie najgorsze opinie...

PLUSY:
+ wygodne szklane opakowanie z pompką
+ pudrowe wykończenie
+ dość jasny odcień
+ SPF 20 
+ dostępność, cena
+ nie podrażnia, nie zapycha

MINUSY:
- wpada w różowe tony
- kiepska trwałość
- problematyczna aplikacja
- podkreśla suche skórki, nie stapia się z cerą
- nie poprawia stanu skóry

Dajcie znać czy używałyście tego podkładu i jakie macie zdanie na jego temat, jestem bardzo ciekawa!

30 lip 2014

Gąbka Konjac Bamboo Charocal - warto czy nie warto?

Słyszałyście o gąbce Konjac? To produkt w stu procentach naturalny, wykonany z azjatyckiego drzewa o nazwie Konjac, którego włókna posiadają właściwości nawilżające, a także delikatnie zasadowe pH, któremu z kolei gąbka zawdzięcza właściwości myjąco-oczyszczające.
Dzięki uprzejmości marki Yasumi, miałam przyjemność przetestować gąbkę w wersji Bamboo Charocal, która została wzbogacona w węgiel aktywny. Jak pewnie wiecie, węgiel ma silne właściwości antyseptyczne, przeciwbakteryjne i adsorbujące, jest substancją leczniczą wyciągającą zanieczyszczenia i toksyny, m.in z powierzchni skóry. Ta wersja gąbki przeznaczona jest do cery tłustej i mieszanej, a także takiej, która posiada skłonność do powstawania zmian trądzikowych i zaskórników. Muszę przyznać, że zakochałam się w tym produkcie niemal od pierwszego użycia. :) Mam sporo do powiedzenia, także nie przedłużając już- zapraszam do czytania!


OPAKOWANIE I STRONA WIZUALNA:
Gąbka dotarła do mnie zapakowana w uroczy tekturowy kartonik z wstążką w środku, całość wyglądała bardzo luksusowo i elegancko. Jakiś czas później zakupiłam gąbki dla siostry i mamy, nienaganna strona wizualna sprawia, że są według mnie idealnym pomysłem na upominek-niespodziankę czy mały prezent bez okazji.

"Konjac" zabezpieczony był w środku dodatkowo plastikowym woreczkiem, na którym znajduje się szczegółowa instrukcja odnośnie tego jak gąbki używać i jakie posiada ona właściwości, a także na temat składu produktu. Jest on krótki i bardzo prosty.

SKŁAD:
AMORPHOPHALLUS KONJAC ROOT EXTRACT (KONJAC MANNAN), AQUA (WATER), BAMBOO CHARCOAL, CELLULOSE.


FORMA I SPOSÓB UŻYCIA

Nieużywana gąbka jest twarda jak kamień, wystarczy jednak na chwilę zanurzyć ją w ciepłej wodzie, aby "spęczniała" i uzyskała swój właściwy charakter. Namoczona jest miękka, sprężysta i bardzo, bardzo przyjemna w dotyku.
Producent twierdzi, że gąbki z powodzeniem można używać bez żadnego środka myjącego, ja jednak zawsze sięgałam po żel lub olejek, w obu przypadkach sprawdzała się bardzo dobrze.
Po użyciu należy ją dokładnie oczyścić, a ja ze swojej strony polecam również sparzenie jej wrzątkiem w celu pozbycia się ewentualnych bakterii. Pamiętajcie, by suszyć ją w suchym miejscu i unikać wilgoci, łazienka i kabina prysznicowa zdecydowanie odpada!
Warto również wspomnieć o tym, że Konjac Sponge naprawdę długo schnie, twardnieje ponownie dopiero po 20-24 godzinach, dlatego też sięgam po gąbkę jedynie w czasie wieczornej pielęgnacji twarzy.

Gąbka posiada sznureczek, dzięki czemu suszenie jest znacznie wygodniejsze. Poniżej możecie też zobaczyć dokładnie jej strukturę PRZED namoczeniem w wodzie.


DZIAŁANIE I WŁAŚCIWOŚCI

To za co polubiłam tę gąbkę już przy pierwszym użyciu to fakt, że zdecydowanie uprzyjemnia cały proces pielęgnacji twarzy. Po ponad dwumiesięcznym romansie niemalże nie wyobrażam sobie bez tej gąbki funkcjonować. ;)
  • Po pierwsze- daje uczucie dokładnie oczyszczonej, niemalże wypolerowanej skóry i bardzo dobrze usuwa makijaż. 
  • Codzienne, regularne używanie tej gąbki, połączone z delikatnym masażem sprawia, że z powodzeniem możemy zapomnieć o używaniu mechanicznego peelingu (którego ja osobiście nie lubię i po który od dawna nie sięgam), buzia jest miękka, czysta, zadbana i przyjemna w dotyku.
  • Świetnie sprawdza się również do zmywania opornych maseczek i glinek. :) 
Nie zauważyłam natomiast jakiegoś zbawiennego wpływu gąbki na trądzik i częstotliwość pojawiania się niedoskonałości. W tej kwestii nie odnotowałam spektakularnych rezultatów. Z drugiej strony nie wiem, czy w ogóle ich oczekiwałam...

Nie mogę jednak nie wspomnieć o tym, że po około trzech tygodniach codziennego używania gąbki, moje delikatnie zapchane pory na nosie i na policzkach zupełnie się oczyściły. Po części jest to na pewno również zasługa serum z kwasem salicylowym,którego aktualnie używam, ale dokładne oczyszczenie skóry gąbką i złuszczanie przez nią martwego naskórka, umożliwiło lepsze wchłanianie kosmetyku. Węgiel aktywny również posiada właściwość redukujące zaskórniki.


Przygotowałam dla Was również zdjęcie obrazujące to, w jaki sposób gąbka zmienia swój rozmiar i strukturę w kontakcie z wodą. Powyżej zdjęcie suchej gąbki, poniżej zamoczonej w wodzie.


Gąbka jest tak miękka, puszysta i delikatna, że chyba nie sposób zrobić sobie nią krzywdę, albo nabawić się jakichkolwiek podrażnień.
Nie wiem natomiast jak sprawdziłaby się przy skórze ze zmianami ropnymi, ja osobiście chyba obawiałabym się przenoszenia zanieczyszczeń z miejsca na miejsce...

RODZAJE GĄBEK

Wersja z węglem aktywnym nie jest jedyną, jaka istnieje. Gąbka Konjac  może być wzbogacona również w olejek lawendowy, aloes, likopen, ignam czy zieloną herbatę (wszystkie wersje do obejrzenia TUTAJ).
Ja dla swojej mamy zamówiłam wersję z kolagenem, który łagodzi oznaki starzenia się skóry; natomiast dla siostry klasyczną wersję Pure, przeznaczoną do skóry wrażliwej, suchej i delikatnej. Obie są bardzo zadowolone. :)
CENA/DOSTĘPNOŚĆ
Sklep internetowy producenta (KLIK), allegro.
Gąbki Konjac występuję w różnych rozmiarach, których cena waha się od 19 do 30 zł. 


PODSUMOWUJĄC

Nie jest to rzecz niezbędna, ale łatwo się od niej uzależnić. ;)
Bardzo polubiłam się z maleństwem i na dzień dzisiejszy nie wyobrażam sobie bez niego codziennej pielęgnacji twarzy. Zdecydowanie uprzyjemnia i zwiększa komfort wieczornego demakijażu i pielęgnacyjnych rytuałów. Doskonale oczyszcza moją skórę, a regularne stosowanie gąbki pomogło mi uporać się z problemem zapchanych porów. 

Minusem może być dostępność, długie schnięcie oraz ewentualna trudność utrzymania gąbki w czystości. Nie sposób pozbyć się wrażenia, że przyciąga brud i kurz, ale osobiście jestem zdania, że nie warto popadać w paranoje, odpowiednie przechowywanie gąbki, dokładne "pranie" jej po każdym użyciu i parzenie wrzątkiem według mnie załatwia sprawę. Konjac Sponge służy mi od blisko trzech miesięcy i mimo codziennego używania nadal jest w stanie idealnym. Jestem pewna, że gdy ten egzemplarz dokończy swojego żywota, zaopatrzę się w kolejny. 
Wam też polecam. :) Myślę, że to fajna i wcale nie najdroższa alternatywa dla modnych ostatnio muślinowych ściereczek i szczoteczek elektrycznych, do których ja osobiście jakoś nie mogę się przekonać.

Jak zwykle jestem bardzo ciekawa Waszej opinii. Miałyście okazję używać gąbki Konjac by YASUMI? Wiem, że swego czasu wersja innej firmy była dostępne w Rossmannie, słyszałam też że ma je wypuścić Eco Tools... Co sądzicie o tego rodzaju gadżetach do pielęgnacji twarzy? Czekam na Wasze komentarze!

18 lip 2014

Rumień precz! Lekki krem ochronny SPF 15 Dermedic.

Jako rasowa blondynka i posiadaczka jasnej karnacji, szczególnie w okresie letnim i zimowym, zmagam się z problemem rozszerzonych naczynek na policzkach. Zmiany nie są może zbyt duże, ale mimo wszystko lubię wplatać do przeciwtrądzikowej pielęgnacji cery produkty, które delikatnie ją wyciszą i uspokoją. Ostatnio w mojej kosmetyczce gości lekki krem ochronny zawierający SPF 15 (ochrona przeciwsłoneczna przy skórze naczynkowej jest bardzo, bardzo ważna) z serii Angio Preventi marki Dermedic i chcę Wam o nim trochę poopowiadać. Zapraszam do czytania! :)


Krem przychodzi do nas w zgrabnej, higienicznej, 45-gramowej tubce zabezpieczonej dodatkowo tekturowym kartonikiem. Producent poleca stosowanie tego kremu nie tylko posiadaczkom cery naczyniowej, ale również osobom zmagającym się z trądzikiem różowatym.

Krem zawiera w swoim składzie m.in Neutrazen, lukrecję, Tinosorb SPF 15, Oxynex i witaminę C, a także chlorofil, który jest naturalnym barwnikiem odpowiedzialnym za zielone zabarwienie kremu, a co za tym idzie- maskowanie rumienia. Każdorazowa aplikacja kremu na oczyszczoną skórę twarzy, rzeczywiście wycisza ją, łagodzi ewentualne podrażnienia, niweluje zaczerwienienie, wyrównuje jej koloryt. Jest to jednak efekt jednorazowy i utrzymuje się dopóty, dopóki krem pozostaje na naszej skórze. Nie zauważyłam niestety bardziej "długofalowego" działania kremu na moją naczynkową cerę.
Produkt jest bardzo przyjemny w "noszeniu" i aplikacji. Ma co prawda dość gęstą, kremową i raczej treściwą konsystencję, lecz mimo to nie czuć go na twarzy, łatwo się rozprowadza i dobrze spisuje pod makijażem.

Nie lubi się jednak zbyt gęstymi i ciężkimi podkładami, potrafią się na nim smużyć i zostawiać nieestetyczne placki. Każde inne bardzo dobrze z nim współgrają.


Lubię stosować go w dni, kiedy nie wychodzę z domu, albo kiedy moja skóra domaga się odpoczynku od makijażu. Daje ładne matowe wykończenie, ujednolica koloryt cery, maskuje zaczerwienienia i co ważne- zawiera filtr (SPF 15), który na pochmurne dni, wieczorne spacery i leniwe popołudnia z książką jest dla mnie jak najbardziej wystarczający.

Krem fajnie sprawdzi się również wieczorem, po dokładnym demakijażu, gdyż naprawdę przyzwoicie nawilża skórę. Jest delikatny i łagodny, nie podrażnia dając uczucie ukojenia i złagodzenia.


Niestety, mam wrażenie, że trochę mnie zapycha... :( Używanie go przez kilka dni pod rząd kończy się u mnie wysypem małych, podskórnych grudek, głównie w okolicach brody i żuchwy, z tego powodu raczej do niego nie wrócę. Zastanawiam się, który składnik jest temu winien?


SKŁAD: Aqua, Octocrylene, C12-15 Alkyl Benzoate, PEG-100 Stearate, Glyceryl Stearate, Glycerin, Stearyl Alcohol, Hydrogenated Polydecene, Isohexadecane, Caprylic/Capric Triglyceride, Butyl Methoxydibenzoylmethane, Methylene Bis-Benzotriazolyl Tetramethylbutylphenol, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Aluminum Starch Octenylsuccinate, Bis-Ethylhexyloxyphenol Methoxyphenyl Triazine, polyacrylamide C13-14 Isoparaffin Laureth-7, Butylene Glycol, Dextran, Palmitoyl Tripeptide-8, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, PEG-8, Tocopherol, Ascorbyl palmitate, Ascorbic Acid, Citric Acid, CI 75810, benzyl Alcohol, Methylchloroisothiazolinone-linone, Methylisothiazolinone, Parfum.


Krem w zależności od miejsca kosztuje około 30 zł, dostaniecie go w aptekach. Myślę, że biorąc pod uwagę jego pojemność (45g), gęstą konsystencję, a co za tym idzie również wydajność, nie jest to wysoka cena jak na dermokosmetyk. Swego czasu miałam przyjemność używać kremu Rilastil przeznaczonego do cer z podobnymi problemami (recenzja TU), którego cena waha się w granicach 50-55 zł. Ich działanie jest bardzo, bardzo podobne (z tym, że w przypadku kremu Rilastil nie zauważyłam zapychania).
Jeżeli Wasza cera nie jest skłonna do zapychania i nie macie problemów z nawracającym trądzikiem, a szukacie aptecznego kremu w przystępnej cenie, który zniweluje Wasze zaczerwienienia, uspokoi rumień i sprawdzi się zarówno na dzień jak i na wieczór, to mogę go Wam polecić. U mnie niestety do końca się nie sprawdził, bardzo żałuję...

PLUSY: 
+ wygodne, higieniczne opakowanie 
+ przyjemna konsystencja i aplikacja
+ zielony kolor maskujący zaczerwienienia
+ delikatny, nie podrażnia
+ poprawia koloryt skóry, "wycisza" rumień
+ ładnie nawilża
+ uniwersalny- sprawdza się i na dzień i na noc
+ wydajność
+ SPF 15

MINUSY: 
- nie współgra ze wszystkimi podkładami
- działa "jednorazowo" 
- mam wrażenie, że mnie zapycha 


Dajcie znać czy miałyście okazję używać tego produktu i jak się u Was sprawdził. Są wśród Was jakieś (nieszczęśliwe) posiadaczki cer naczynkowych? Będzie mi miło jeśli podzielicie się ze mną Waszą receptą na walkę z tym problemem. :) Ściskam!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...